- Maj roku 1945 nie był końcem
wojny dla Polski. Dla wielu wybitnych oficerów i żołnierzy Niepodległej
wojna trwała 10 lat, a nawet dłużej. Nie wolno o tym zapominać przy takiej
okazji jak uroczystości 60-lecia zakończenia II wojny światowej.
- Wojna o Polskę
Nasz Dziennik 7-8.05.2005
- Kiedy obywatele państw
zwycięskiej koalicji antyniemieckiej na Zachodzie radowali się w maju 1945
r. z końca wojny i zachłystywali się wolnością, Polacy - ich najwierniejsi
sojusznicy - śnili na gruzach kraju o nowej wojnie, która zniesie sowiecką
okupację i przyniesie Polsce pełną suwerenność. Według szacunkowych danych,
od maja 1945 r. do 1956 r. na terenie Polski w walce z narastającą
sowietyzacją kraju zginęło około 100 tysięcy ludzi. Można więc mówić o
prawdziwej, nigdy nienazwanej, wojnie o Polskę. Ta wojna obfitowała w
dramatyczne wydarzenia, do dziś nieznane szerszej opinii publicznej. Zaczęła
się nie w maju 1945 r., lecz znacznie wcześniej, gdy pierwsi sowieccy
żołnierze, w pogoni za Niemcami, przekroczyli wschodnią granicę
Rzeczypospolitej.
Aneksja
Stało się to w nocy z 3 na 4 stycznia 1944 r. W literaturze historycznej,
także tej naukowej, spotyka się najczęściej określenie "przekroczyli
przedwojenną granicę Polski". Nie jedyny to przypadek niechlujstwa
językowego, świadomie kreowanego przez powojenną, komunistyczną cenzurę w
celu zamazania właściwego obrazu rzeczy. W styczniu 1944 r., w świetle prawa
międzynarodowego, Polska nie miała żadnych "przedwojennych" i "powojennych"
granic. Żaden uznany traktat międzynarodowy nie zmienił naszych granic na
wschodzie, ustanowionych i uznanych przez cały świat w latach 20. Chyba że
historyk, operujący dziwacznym wyrażeniem o granicach "przedwojennych",
uznaje międzynarodowe znaczenie tajnego protokołu sowiecko-niemieckiego z
sierpnia 1939 r., nazwanego paktem Ribbentrop-Mołotow! Lub z pełną powagą
uznaje "wolę ludu" wyrażoną w zorganizowanych przez NKWD - na okupowanych
polskich Kresach Wschodnich - "wyborach"!
Na zajmowanych wschodnich obszarach Rzeczypospolitej armia sowiecka
zachowuje się tak, jakby tam nigdy Polski nie było. Polacy traktowani są jak
obywatele Związku Sowieckiego. Urządza się prawdziwe polowania na młodych
mężczyzn, by wcielić ich do armii sowieckiej. Nikt ich nie pyta, kim są, nie
mają żadnych praw. Komendant Okręgu Wileńskiego AK, ppłk Aleksander
Krzyżanowski "Wilk", meldował dowódcy AK w sierpniu 1944 r.: "Sowiety
wywieźli już na wschód kilkanaście tysięcy mężczyzn w wieku od 18 do 50 lat
i dalej na gwałt wywożą, a ostatnio także kobiety. Postawa ludności oporna,
ale bezskuteczna. Konieczna interwencja zagraniczna, bo inaczej przy takim
tempie wywożenia nie zostanie tu do zimy żaden obywatel Rzeczpospolitej".
Dywizje NKWD, wkraczające za oddziałami frontowymi, atakują oddziały Armii
Krajowej, rozbrajają je, żołnierze i oficerowie wywożeni są do obozów
przejściowych, potem na wschód, znanym sybirskim szlakiem polskich
zesłańców. Siedem tysięcy oficerów i żołnierzy wileńskich i nowogródzkich
brygad AK, którzy w ramach akcji "Ostra Brama" (część wielkiej operacji
"Burza" - planowanego od początku wojny powstania narodowego) wspólnie z
armią sowiecką zdobywali Wilno, więzieni są w Miednikach Królewskich, skąd
zostaną wywiezieni do Kaługi. Ich dowódca, ppłk Aleksander Krzyżanowski
"Wilk", został również wywieziony na wschód. Ucieka stamtąd. Ponownie
aresztowany w Warszawie, zostanie zamęczony w ubeckim więzieniu. To był,
niestety, typowy los oficera wiernego przysiędze, wiernego Rzeczypospolitej.
To wszystko dzieje się za cichym przyzwoleniem naszych "aliantów", którzy
już podjęli decyzje w sprawie Polski, nie informując o tym legalnych władz
Rzeczypospolitej! Każde oświadczenie polskiego rządu w sprawie
nienaruszalności terytorialnej państwa polskiego i jego suwerenności staje
się w tej sytuacji niewygodne politycznie dla aliantów, którzy zaczynają
snuć plany "polskiego rządu jedności" pod kuratelą Stalina, by pozbyć się w
oczach opinii publicznej swoich krajów zobowiązań wobec kłopotliwego
sojusznika. Naiwny politycznie ekspremier Stanisław Mikołajczyk doskonale
nada się do tego scenariusza. Premier Winston Churchill wytykał później
Polakom "brak realizmu" w tamtym okresie. Prezydent USA Franklin Delano
Roosevelt stawiał sprawę wprost: Drugiego dnia konferencji jałtańskiej (5 II
1945 r.) powie, że interesuje go powołanie rządu polskiego, bez względu na
jego legalność. Tak jakby rządu polskiego nie było!
Nowa okupacja
5 stycznia 1944 r., natychmiast po wkroczeniu armii sowieckiej na ziemie
polskie, rząd polski złożył deklarację w sprawie nienaruszalności granicy
wschodniej Państwa Polskiego i przywrócenia polskiej administracji na
terenach wyzwolonych od Niemców. Kilka dni później Sowieci odrzucili tę
deklarację pod pretekstem, iż jesienią 1939 r. "białoruska i ukraińska
większość ludności tych ziem wypowiedziała się za ich przyłączeniem do
Związku Sowieckiego"! Teraz czekali na reakcję aliantów. Była taka, jak
oczekiwali, czyli żadna. Zareagował natomiast kolaborancki twór Stalina,
tzw. Krajowa Rada Narodowa, nie mająca żadnej delegacji do występowania w
imieniu Narodu Polskiego. "Zaakceptowała" stalinowskie plany aneksji ziem
polskich.
Nic się nie zmienia w zachowaniu Sowietów także wtedy, gdy ich armia wkracza
w "nowe", wyznaczone w tajnych, nielegalnych porozumieniach, granice Polski.
Rząd polski alarmowany jest dramatycznymi meldunkami, składanymi przez
różnych przedstawicieli władz cywilnych Delegatury Rządu na Kraj oraz przez
dowódców oddziałów Armii Krajowej i innych polskich formacji zbrojnych.
Jasne się staje, że nie chodzi tylko o aneksję ziem wschodnich, lecz o
trwałe podporządkowanie Polski Sowietom - przy pomocy kolaborantów. Operacja
zniewolenia odbywa się pod szczytnymi hasłami. Sowiecka propaganda unika
szokowania Polaków zbyt jasnym stawianiem sprawy. Na polecenie Stalina nowa
partia komunistyczna w Polsce będzie się nazywała Polską Partią Robotniczą,
a zniewolenie pokrywane jest hasłami nie "światowej rewolucji", jak w roku
1920, lecz hasłami "demokracji" i przeciwstawienia się "sanacji" oraz
"reakcji". Wszystko dla dobra "ludu".
Operacja "Burza" załamuje się na skutek jawnie wrogiej postawy wojsk
sowieckich wobec ujawniających się oddziałów AK. Dramat przeżywa powstańcza
Warszawa i te oddziały polskie, które próbują jej przybywać z odsieczą.
Natrafiają na sowiecki kordon! Dowódca AK wydaje 1 września 1944 r.
instrukcję dla dowódców poszczególnych okręgów: "Oddziały po walce zgrupować
obronnie, aby nie pozwolić na rozbrojenie i podstępne aresztowanie przez
Sowiety (...). Nie występować zaczepnie i nie prowokować Sowietów. W razie
przemocy przysługuje wam prawo do obrony. Na propozycje sowieckie
prowadzenia wspólnej walki przeciwko Niemcom godzić się na podporządkowanie
taktyczne, lecz nigdy nie na organizacyjne. Nie dać się podstępnie
aresztować". Tak wyglądało "wyzwolenie" Polski przez "sojusznika naszych
sojuszników".
16 marca 1944 r. Rada Komisarzy Ludowych Związku Sowieckiego utworzyła armię
polską w Sowietach, przekształcając dotychczasowy 1. Korpus. Trzeba po raz
kolejny przypomnieć, że żołnierze tego "ludowego" wojska mieli niewiele
wspólnego ze swymi dowódcami - oficerami sowieckimi, politrukami lub
rodzimymi kolaborantami, najczęściej skompromitowanymi, byłymi oficerami
Wojska Polskiego takimi jak zdegradowany przed wojną generał Michał
Łyżwiński (znany pod nazwiskiem Żymierski) czy pułkownik Zygmunt Berling.
Masy żołnierskie to byli Polacy wywiezieni podczas wojny w głąb Związku
Sowieckiego; ci, którzy nie zdążyli do armii gen. Władysława Andersa. W
wielu relacjach podkreśla się, że czekali tylko na właściwy moment, by
wypowiedzieć posłuszeństwo politrukom. Wielu z nich dezerterowało potem do
leśnych oddziałów antykomunistycznej konspiracji zbrojnej. Tym ludziom
należy się także sprawiedliwość.
Powrót do lasu
Ujawniające się podczas operacji "Burza" oddziały AK wracają - wobec
represji sowieckich - ponownie do konspiracji. Stefan Korboński, pełniący
obowiązki Delegata Rządu RP na Kraj (po aresztowaniu przez NKWD wicepremiera
Stanisława Jankowskiego), depeszował 26 kwietnia 1945 r. do Londynu:
"Rozpoczęła się pacyfikacja powiatów Garwolin, Łuków, Lubartów i Zamość.
Wojska sowieckie otaczają wsie i wszystkich mężczyzn, prócz nieletnich i
starców, wywożą na wschód. Aresztowania obliczone na kilkanaście tysięcy
wywołały masową wędrówkę do lasu i tworzenie się dzikich, uzbrojonych
oddziałów, które atakowane bronią się. Lasy bombardowane są przez lotnictwo
sowieckie". Wśród meldunków zwraca uwagę swą drastycznością doniesienie
komendanta obwodu Mińsk Mazowiecki AK: "Obecnie w obozie [NKWD w
Rembertowie] umiera z głodu 13-15 osób dziennie. Ciała chowane są w lesie,
na mogiłach sadzi się drzewa, by nie było śladu. Porucznik Borowski podaje
sposób 'badań' w NKWD na Pradze. Badany stoi nago w piwnicy, po kolana w
wodzie. Przystawia mu się w odległości 3 cm od oka pręt żelazny ostro
zakończony, by się nie schylał, i bije prętami metalowymi, owiniętymi
drutem, po karku, plecach i nogach - aż do utraty przytomności". Niebawem te
sowieckie "wynalazki" przejmie rodzima żulia z UB. Dodajmy, że meldunek z
Mińska Mazowieckiego wysłany był w poniedziałek, 25 czerwca 1945 r., dzień
po niedzielnej defiladzie zwycięstwa w Moskwie, gdzie Polaków
"reprezentowali" m.in. przedwojenny sowiecki agent Bolesław Bierut i
eksgenerał Michał Łyżwiński vel Żymierski vel "Rola". Cztery dni po tym jak
sowiecki "sąd" wydał "wyrok" na szesnastu przywódców Polskiego Państwa
Podziemnego.
Za Sprawę
Szacuje się, że bezpośrednio po zakończeniu wojny w polskich lasach przebywa
ponad 30 tysięcy oficerów i żołnierzy AK oraz formacji narodowych,
zorganizowanych w oddziały partyzanckie, oczekujących na zmianę sytuacji
politycznej. Oddziały te prowadzą ograniczone akcje przeciwko NKWD-UB i KBW,
biorą w obronę ludność z pacyfikowanych wsi, prowadzą akcje propagandowe,
dozbrajają się i organizują się z myślą o tym, by zasilić szeregi Wojska
Polskiego, gdy na skutek zmian politycznych odrodzi się ono jako polska siła
zbrojna, bez obcych "sowietników". Niektóre oddziały organizowane są w taki
sposób, by poszczególne pododdziały stały się, jako kadrówka, zaczynem
większych formacji.
Paradoksalne jest to, że rozkaz dowódcy AK, gen. Leopolda Okulickiego
"Niedźwiadka", rozwiązujący Armię Krajową (19 I 1945 r.) w gruncie rzeczy
dokładnie definiował przyczyny, dla których kontynuacja walki jest
niezbędna: "Polska, według rosyjskiej recepty, nie jest tą Polską, o którą
bijemy się szósty rok z Niemcami, dla której popłynęło morze krwi polskiej
(...). Obecne zwycięstwo sowieckie nie kończy wojny. Nie wolno nam ani na
chwilę tracić wiary, że wojna ta skończyć się może jedynie zwycięstwem
słusznej Sprawy". Generał rozwiązywał AK, by dać dowódcom swobodę wyboru
nowych form organizacyjnych powstającej drugiej konspiracji
niepodległościowej. Sam nie zamierzał również rezygnować z dalszej walki. W
zachowanym liście z 15 lutego 1945 r. do swego zastępcy, gen. Augusta Emila
Fieldorfa ("Do obywatela 'Nila'"), pisał: "Sławetną decyzję z Jałty znam.
Przewiduję, że mimo protestu naszego Rządu, Sowietom uda się wciągnąć do
współpracy z ich 'polskim' rządem część kół politycznych Kraju w takim
stopniu, że Anglosasi uważać będą wszystko w porządku i ten rząd uznają.
Będzie to wielki krok do wyrażenia 'woli narodu' życia w ramach ZSRS. Dążę
tutaj do zrealizowania niezależnego od sowieckiej woli polskiego ośrodka
dyspozycyjnego, który tu na miejscu, w Kraju, wziąłby na siebie obowiązek
prowadzenia walki o wolną Polskę. Wydaje mi się, że mi się to uda". Nie
udało się. Miesiąc później generał zostanie podstępnie aresztowany,
"osądzony" w Moskwie wraz z innymi polskimi przywódcami, wreszcie
zamordowany w moskiewskim więzieniu.
Mamy milczeć?
Szczególnie dobitnie przedstawił powody, dla których walka musi być
kontynuowana, mjr Zygmunt Szendzielarz "Łupaszko", dowódca ocalonej z
Wileńszczyzny kadrowej 5. Brygady AK. W ulotce - wydanej w marcu 1946 r.,
przed wyruszeniem oddziałów do walki z pomorską NKWD-UB - pisał: "Rodacy!
Nie mamy ani prasy własnej, ani wolności słowa, ani wolności zebrań, ani
prawa wiązania się w stronnictwa polityczne. Jesteśmy więc pozbawieni
wszystkich dobrodziejstw demokracji! Jednopartyjne rządy komunistyczne biorą
myśl w obcęgi, pozbawiają człowieka woli, przywiązań, umiłowań - tych
najistotniejszych cech człowieczeństwa - i czynią z niego pozbawionego ducha
i serca robota. Gdy chodzi o Naród - ten wtedy zatraca własne oblicze i
przestaje istnieć! Mamy milczeć?! Mamyż poddać się gwałtowi, zadawanemu
obcą, zbrodniczą ręką?! Mamyż pod groźbą obcych bagnetów wyrzec się prawa
stanowienia o sobie?! Mamyż wyrzec się ducha, serca i zaprzeć się wiary?!
Nigdy! Jeżeli zdrajcom, jurgieltnikom moskiewskim podoba się to wszystko -
niech się wynoszą do Moskwy! Na ich niecną robotę mamy jedną odpowiedź:
Nigdy! Za zbrodnie dokonywane na Narodzie polskim, za więzienie,
rozstrzeliwanie i wieszanie najlepszych synów Narodu, za konszachty z
Moskwą, za rozbiór Polski - śmierć zdrajcom! Sumienie Narodu - to my!
Wyrazem jego buntu przeciw przemocy - my! Narzędziem sprawiedliwej kary -
my! Dzień zapłaty za zbrodnie już się rozpoczął. Niech żyje wolna,
demokratyczna Polska!".
W innej ulotce, jakby odpowiadając na propagandową kampanię komunistów,
skierowaną przeciwko partyzantce antykomunistycznej, pisał: "Nie jesteśmy
żadną bandą, jak nas nazywają zdrajcy i wyrodni synowie naszej Ojczyzny. My
jesteśmy z miast i wiosek polskich. Niejeden z Waszych ojców, braci i
kolegów jest z nami. My walczymy za świętą Sprawę, za wolną, niezależną,
sprawiedliwą i prawdziwie demokratyczną Polskę! Niech żyje wolność i
braterstwo. Precz ze zdrajcami, którzy zaprzedali Kraj i Naród Polski
Sowietom!".
Polskie kalkulacje
Bardzo często pokazuje się obecnie oddziały powojennej, drugiej konspiracji
niepodległościowej, w sposób skrajny: albo czarnymi kolorami - jako wojsko "zbandycone"
i zdezorientowane, albo w sposób wyidealizowany - jako gromady straceńców,
którzy postanowili umrzeć za Polskę, choć wiedzieli, że ich walka nie ma
żadnych szans powodzenia. Ani jeden, ani drugi obraz nie jest prawdziwy. W
rzeczywistości polska konspiracja antykomunistyczna opierała się na
racjonalnych przesłankach.
Po pierwsze, wydawało się, iż okupacja sowiecka jest stanem przejściowym.
Polska była wszak aliantem zwycięskiej koalicji! Polska jako pierwsza
przeciwstawiła się Niemcom i ogromnym wysiłkiem stworzyła czwartą pod
względem liczebności siłę zbrojną w tej wojnie. We wrześniu 1939 r.
zmobilizowaliśmy do walki około miliona żołnierzy. Znaczna ich część
ewakuowała się do Francji i W. Brytanii, tworząc regularne Wojsko Polskie,
podporządkowane władzom RP na uchodźstwie. Po reorganizacji w W. Brytanii i
Palestynie powstały znaczące militarnie Polskie Siły Zbrojne na Zachodzie.
Po zawarciu układu polsko-sowieckiego w lipcu 1941 r., powstała Armia Polska
w ZSRS, która po ewakuacji na Bliski Wschód połączyła się z oddziałami
polskimi na Środkowym Wschodzie, tworząc Armię Polską na Wschodzie, z której
powstanie II Korpus Polski. W okupowanym kraju, w warunkach konspiracji,
zorganizowano ogromne podziemne wojsko, które wchłaniało większość
organizacji konspiracyjnych, lojalnych wobec legalnego rządu RP. Armia
Krajowa liczyła około 300 tysięcy ludzi, Polskie Siły Zbrojne na Zachodzie
niemal tyle samo, a w Sowietach, podporządkowane organizacyjnie komunistom,
pod koniec wojny miały około 400 tysięcy ludzi. Jaki naród - wykrwawiony
podczas wojny i okupacji, doświadczony przez politykę eksterminacyjną dwu
okupantów - wystawił w ekstremalnie trudnych organizacyjnie warunkach
milionową armię? Wydawało się nieprawdopodobne, by w tej sytuacji Zachód na
dobre nas opuścił.
Po drugie, polskie nadzieje związane były z niektórymi zapisami jałtańskimi
o "silnej Polsce". Władze polskie na uchodźstwie pogodziły się w pewnym
momencie, choć z wielkim bólem, z aneksją Kresów - w zamian za rekompensatę
w postaci ziem zachodnich. Jeszcze 13 lutego 1945 r. premier Tomasz
Arciszewski odrzuca dyktat jałtański, stwierdzając, że nie zobowiązuje on
ani Rządu RP, ani Narodu Polskiego. "Oderwanie od Polski wschodniej połowy
jej terytorium przez narzucenie tzw. linii Curzona jako granicy
polsko-sowieckiej, Naród Polski przyjmuje jako nowy rozbiór Polski, tym
razem dokonany przez sojuszników". Już jednak 21 lutego Rada Jedności
Narodowej, parlament Polski podziemnej, uznaje dyktat, mimo że jego warunki
oznaczają dla Polski "nowe, niezmiernie ciężkie i krzywdzące ofiary". 15
kwietnia 1945 r. Stanisław Mikołajczyk oświadcza: "Aby uniknąć wszelkich
wątpliwości co do mego stanowiska, pragnę oświadczyć, że przyjmuję decyzje
powzięte na Krymie, dotyczące przyszłości Polski, jej suwerennej,
niezależnej pozycji i utworzenia tymczasowego rządu, mającego reprezentować
jedność narodową". I to była istota sprawy. Ratować, co się da. Brać za
dobrą monetę zapisy jałtańskie w sprawie "silnej Polski" i starać się je
wyegzekwować z pomocą Zachodu. Wszak innej drogi i tak nie ma. Ratować
przede wszystkim suwerenność kraju. Leśna armia partyzancka nie była armią
straceńców. Miała być argumentem w tych kalkulacjach. Miała podtrzymać ducha
wolności i zahamować proces sowietyzacji Polski.
Niestety, wybory, w których pokładano największe nadzieje, zostały w
styczniu 1947 r. sfałszowane przez sowieckich "specjalistów". Tak zwany
Tymczasowy Rząd Jedności Narodowej okazał się listkiem figowym, formą
przejściową do Polski sowieckiej. Spełnił podwójną rolę: pozwolił komunistom
przygotować się do przejęcia pełni władzy w kraju i umożliwił "aliantom"
zręczne wycofanie się z uznania legalnego rządu RP na uchodźstwie.
NIE jak Niepodległość
Powojenna, antykomunistyczna konspiracja była zarówno cywilnym, jak i
zbrojnym ruchem oporu. Była kontynuacją walki prowadzonej w okresie wojennej
okupacji niemiecko-sowieckiej. Uznawała w większości zwierzchnictwo
legalnych władz RP na uchodźstwie.
Już w okresie wojny (wiosną 1944 r.), na rozkaz dowódcy AK, powstała kadrowa
organizacja wojskowa NIE (Niepodległość) do walki o niepodległość Polski
zajmowanej przez komunistów. Z końcem wojny (w maju 1945 r.) została
rozwiązana, zastąpiła ją Delegatura Sił Zbrojnych na Kraj (DSZ). Władze
polskie na uchodźstwie uznały, że zamiast walki zbrojnej - której szanse w
nowej sytuacji oceniono jako niewielkie - należy organizować działalność
cywilną, opór społeczny. Po rozwiązaniu DSZ powstało Zrzeszenie Wolność i
Niezawisłość (WiN) - największa z powojennych organizacji
niepodległościowych.
Oddziały leśne nie zaprzestały jednak walki zbrojnej, wspomagając działania
opozycji politycznej skupionej wokół Stanisława Mikołajczyka oraz inne formy
oporu, takie jak propaganda i mały sabotaż. Szczególnym zjawiskiem tych lat
był masowy opór młodzieży. W latach 1945-1956 działało w Polsce ponad 950
[!] antykomunistycznych organizacji młodzieżowych - studenckich,
uczniowskich, harcerskich - powstających spontanicznie jako manifestacja
przeciwko zniewoleniu kraju. Zachętą do takich działań były prowokacyjne
zachowania władzy komunistycznej wobec społeczeństwa (np. zakaz świętowania
3 Maja w roku 1946), wielkie zgromadzenia młodzieży (np. zjazd w Szczecinie
w kwietniu 1946 r.) czy działania przeciwko ruchowi młodzieżowemu
(likwidacja drużyn starszoharcerskich). Tysiące młodych ludzi, często
nastoletnich, siedziało w tamtych czasach w więzieniach, co było zjawiskiem
bezprecedensowym w historii Polski.
AK zrodziła nie tylko NIE, DSZ czy WiN, także inne organizacje nowej
konspiracji, m.in. Konspiracyjne Wojsko Polskie, Ruch Oporu AK i wiele
samodzielnych, mniejszych organizacji, które w nazwie bądź w programie
działania nawiązywały do wojennej tradycji Wojska Polskiego w konspiracji.
Podziemie narodowe reprezentowane było przez Narodowe Siły Zbrojne, Narodową
Organizację Wojskową i Narodowe Zjednoczenie Wojskowe.
Powszechnymi formami walki nowego podziemia niepodległościowego były akcje
ekspropriacyjne na obiekty państwowe, mające na celu utrzymanie i
wzmocnienie oddziałów, likwidacja placówek UB i rozbrajanie posterunków MO,
rozbijanie więzień i uwalnianie więźniów, likwidacja najgorliwszych
działaczy komunistycznych i konfidentów bezpieki. W odniesieniu do
funkcjonariuszy UB obowiązywała zasada, że są to przedstawiciele policji
politycznej obcego państwa i należy ich, po zidentyfikowaniu, na miejscu
likwidować. Takie były logiczne następstwa uznania zwierzchnictwa
sowieckiego za nową formę okupacji.
Polska podziemna
Powstaje na nowo, tak jak za czasów okupacji, Polska podziemna. Nie tylko
oddziały i organizacje zbrojne czy sabotażowe, lecz także - złożony z
przedstawicieli różnych stronnictw politycznych, którym komuniści zakazali
działalności - Komitet Porozumiewawczy Organizacji Polski Podziemnej.
Komitet opracował dla zagranicy "Memoriał do ONZ", charakteryzujący sytuację
polityczną Polski i zagrożenie wolnego świata przez komunizm.
Oblicza się, że pod koniec roku 1945 polskie podziemie niepodległościowe
liczyło około 80 tysięcy ludzi!
Władze komunistyczne zastosowały wobec podziemia masowy terror, skierowany
także przeciwko tym wszystkim, którzy w jakikolwiek sposób wspomagali
działania niepodległościowe. Zdarzało się, że wojskowe sądy rejonowe
skazywały na 10 lat więzienia osoby, które przyjęły i nakarmiły patrol
oddziału leśnego w swoim domu! Powszechny terror, wzorowany na praktykach ze
Związku Sowieckiego, miał na celu całkowite rozbicie solidarności
społecznej, wzbudzenie wzajemnej nieufności, skłonienie do kolaboracji z
władzą i zaniechanie wszelkiej działalności ze względu na groźbę represji
wobec najbliższych. Masowe akcje pacyfikacyjne prowadziły grupy operacyjne
UB, wspomagane przez "konsultantów" sowieckich, oraz specjalna formacja
powołana do walki z podziemiem niepodległościowym - Korpus Bezpieczeństwa
Publicznego. Aresztowanych przywódców organizacji podziemnych poddawano
okrutnym przesłuchaniom, mordowano lub skazywano w procesach politycznych na
śmierć lub wieloletnie więzienie. Zamordowanych chowano w nieznanych
miejscach. Mogli być groźni dla komunistów także po śmierci! Około roku 1948
podziemie zbrojne jako zjawisko masowe zostało rozbite, jednak poszczególne
małe oddziały przetrwały aż do drugiej połowy lat 50. W świadomości
społeczeństwa polskiego przetrwały jako mit, legenda - inspirujące w
późniejszych czasach do starań o suwerenność kraju.
Pamięć
Maj roku 1945 nie był końcem wojny dla Polski. Dla wielu wybitnych oficerów
i żołnierzy Niepodległej wojna trwała 10 lat, a nawet więcej. Nie można o
tym zapominać przy takiej okazji jak uroczystości 60-lecia zakończenia II
wojny światowej. Historia nie zna sprawiedliwości, ale - jak pisał poeta -
"Jeśli komu droga otwarta do nieba, tym, co służą Ojczyźnie. Wątpić nie
potrzeba". Trzeba przechowywać pamięć o tych, którzy nigdy nie zwątpili.
Trzeba ich pamięć chronić przed tymi, którzy do dziś powtarzają tezy
komunistycznej propagandy o "bandytach" i o "mordach". Trzeba przypominać
nieustannie słowa zamordowanego generała, że Polska roku 1945 nie była tą
Polską, o którą przez sześć lat bili się najlepsi synowie Ojczyzny i za
którą przelano morze krwi. Historia nie odchodzi, jest w nas. Ważne, by jej
obraz był prawdziwy i nacechowany serdecznym, współczującym zrozumieniem
sytuacji tych, którzy samotnie umierali za wolną Polskę w piwnicach Mokotowa
i w katowniach UB. Ważne, by pielęgnować poczucie dumy i godności narodowej,
by tamta walka nie poszła na marne.
Piotr Szubarczyk