- Gestapo prosiło, żeby grać
"Gazeta Wyborcza"
- Paweł Czado, Joachim Waloszek
20-05-2005,
- W czasie okupacji w Warszawie
czy Krakowie nie wolno było nawet kopnąć piłki. Na Górnym Śląsku - za
przyzwoleniem hitlerowców, na oczach tysięcy kibiców - rozgrywki piłkarskie
trwały w najlepsze.
-
-
Germanie Koenigshutte w 1943 r.
Od lewej:: NN, Litinski, Piontek, Spodzieja, NN, Klinowski, Wieczorek,
Schatton, Koszny, Knas, Pochopień
-
- W sierpniu 1942 roku na
Stadionie im. marszałka Hindenburga w Beuthen - dziś im. Edwarda Szymkowiaka
w Bytomiu - odbył się oficjalny mecz międzypaństwowy Niemcy - Rumunia.
Przyszło aż 55 tys. kibiców - nigdy wcześniej na Śląsku mecz piłkarski nie
zgromadził tak licznej publiczności. Tłumy chciały zobaczyć w akcji
legendarnego napastnika Ernesta Wilimowskiego - najlepszego śląskiego
piłkarza pierwszej połowy XX wieku, bohatera meczu Polska - Brazylia podczas
finałów mistrzostw świata cztery lata wcześniej. Po wybuchu wojny zdecydował
się on grać dla reprezentacji Niemiec.
- Wśród kibiców byli m.in.
15-letni Gerard Cieślik i dziesięcioletni Ernest Pohl - po wojnie obaj staną
się symbolami polskiego futbolu. Ale zanim Cieślik strzeli dwa gole w
słynnym meczu z ZSRR na chorzowskim Stadionie Śląskim w 1957 r., zdąży
jeszcze zagrać w zorganizowanej przez Niemców śląskiej lidze i jako żołnierz
Wehrmachtu trafi do niewoli. Takie koleje losu będą udziałem wielu śląskich
piłkarzy.
- Skończył się "polski epizod"
- Polska była w Europie jedynym
okupowanym krajem, w którym hitlerowcy wprowadzili całkowity zakaz
uprawiania sportu w klubach. Wolno to było robić jedynie Niemcom. Polscy
działacze i piłkarze ryzykowali życie, organizując konspiracyjne rozgrywki
piłkarskie, np. w Krakowie, Warszawie czy Poznaniu.
- Na Górnym Śląsku było zupełnie
inaczej. Hitlerowcy traktowali ten teren jako integralną część III Rzeszy.
Przez całą okupację toczyły się tu regularne rozgrywki, w których
uczestniczyło mnóstwo śląskich piłkarzy. Rywalizowali w tzw. Gaulidze (lidze
okręgowej) i rozgrywkach o Puchar Niemiec, wówczas zwany Tschammer Pokal, od
nazwiska Hansa von Tschammer und Osten, ministra sportu Rzeszy.
- 2 września 1939 r. hitlerowcy
zdelegalizowali wszystkie polskie towarzystwa i organizacje na Górnym
Śląsku, także sportowe. Doskonale jednak zdawali sobie sprawę z popularności
sportu, a zwłaszcza piłki nożnej w tym regionie. Odbudowę życia sportowego w
polskiej części Górnego Śląsku traktowali prestiżowo, zależało im na tym, by
jak najszybciej powstały tu kluby. Silne, żeby przyciągnąć kibiców, ale też
niemieckie "z szyldu". Chcieli pokazać, że na Śląsku toczy się normalne
życie, a międzywojenny "polski epizod" to już przeszłość. Pierwszy oficjalny
mecz odbył się w Katowicach już pod koniec września.
- Jeśli po radę, to do Krakowa
- Walczyć? Uciekać? Dostosować
się? - zastanawiało się po klęsce wrześniowej tysiące Ślązaków. Władysław
Sikorski - od 30 września premier rządu RP na uchodźstwie - przekazał przez
radio oficjalne stanowisko: dla zachowania tzw. substancji narodowej na
ziemi śląskiej władze emigracyjne nakazały Górnoślązakom "maskowanie", czyli
tworzenie w oczach okupanta wizerunku tutejszej ludności, która wprawdzie
"pobłądziła", ale teraz wraca do niemieckiej "macierzy". Katowicki biskup
ordynariusz Stanisław Adamski, z którym premier się konsultował, nawoływał
ludność Śląska do realizacji rządowych dyrektyw. Owo "maskowanie" nie było
trudne, bo po zajęciu Śląska miejscowa ludność została uznana przez
hitlerowców za niemiecką z pochodzenia. Przyznano jej niemiecką listę
narodowościową, folkslistę, podzieloną na cztery grupy - w zależności od
świadomości narodowej.
- Pierwszą dostawali ludzie
zaangażowani czynnie w walkę z polskością na Śląsku, tzw. dwójkę - ci, co do
których hitlerowska administracja nie miała wątpliwości, że zawsze naprawdę
czuli się Niemcami. Najliczniejsza była kategoria trzecia. Trafili tam -
najprościej mówiąc - wszyscy Polacy ze Śląska, którzy w przeszłości nie
mieli większych konfliktów z Niemcami. "Czwórka" to już dla hitlerowców był
element raczej niepożądany. Trafiali na nią najaktywniejsi powstańcy i ich
rodziny, ludzie, którzy przed wojną w taki czy inny sposób uprzykrzali
Niemcom życie. Folkslisty nie podpisało jedynie 2 proc. Ślązaków.
- Dla przeciętnego Polaka, który
nawet pójście do kina na niemiecki film uważał za przejaw kolaboracji, zgoda
na grę w niemieckiej drużynie była kompletnie niezrozumiała. Śląscy piłkarze
szybko musieli podjąć decyzję: grać czy nie grać?
- Jeden z najsławniejszych
zawodników Leonard Piątek z AKS Chorzów (zgodnie z polonizacyjną polityką
wojewody Michała Grażyńskiego w latach 30. spolszczono jego rodowe nazwisko
Piontek; takie też nosił znowu w czasie okupacji) pojechał po radę do
Krakowa do trenera reprezentacji Józefa Kałuży. Ten, najwyższy autorytet w
przedwojennym polskim futbolu, odpowiedział, że nie widzi przeszkód, by
Górnoślązacy uczestniczyli w niemieckich rozgrywkach. Było więc jasne, że
czołowi śląscy zawodnicy wkrótce wrócą na boiska. Będą już jednak grali dla
klubów o niemieckich nazwach.
- Gilotyna za kartki
- Wielu śląskich piłkarzy
pochodziło z rodzin, które uczestniczyły w śląskich powstaniach. To właśnie
powstańcze tradycje sprawiły, że po wkroczeniu Niemców musieli się ukrywać,
wśród nich Piątek. Żonę odwiedzał wieczorami, w tajemnicy. Kiedyś
przeszkodziło im pukanie do drzwi. - Gestapo - przedstawili się dwaj
panowie. Groza. Tymczasem okazało się, że gestapowcy przyszli "po prośbie".
Zaproponowali Piątkowi, żeby zagrał w tworzonym właśnie niemieckim klubie w
Krakowie. - Leon powiedział, że się zastanowi, ale ja byłam pewna, że
zostanie tutaj, w Chorzowie - wspominała po latach Elżbieta Piątek-Harazim.
I został, a gestapo dało spokój. Być może uznało, że znany piłkarz będzie
Niemcom potrzebny także na Śląsku.
- Początkowo w zamierzeniu
hitlerowców wizytówką piłkarskiego Śląska miał być klub 1.FC Kattowitz,
który w międzywojniu jako drużyna mniejszości niemieckiej uczestniczył w
polskich rozgrywkach i raz zdobył nawet wicemistrzostwo. Jesienią 1939 r.
zespół tworzyli m.in. przedwojenni reprezentanci Polski, uczestnicy
mistrzostw świata w 1938 r.: Erwin Nyc (Nytz do 1934 r. i w czasie wojny),
Ewald Dytko i przede wszystkim Ernest Wilimowski.
- Ale wunderteamu w Katowicach
zbudować się nie udało. Nyca dość szybko wcielono do Wehrmachtu, Wilimowski
wyjechał do Niemiec, Dytko też w końcu dostał powołanie do niemieckich sił
zbrojnych. Memento dla katowickiego klubu było zgilotynowanie w 1944 r. w
centrum Katowic jego zawodnika Porali - za podrabianie na masową skalę
kartek żywnościowych.
- Zapomnieli o koniczynkach
- W klubach przemianowanych na
niemieckie grali ci sami zawodnicy, co przed wojną. Gdy powstawały one w
październiku 1939 r., początkowo nosiły nazwy swych poprzedników sprzed
odzyskania przez Polskę niepodległości. W Lipinach znów działała Silesia, w
Chorzowie Batorym - BBC (Bismarckhütter Ballspiel Club), w Królewskiej Hucie
(która w latach 30. połączyła się z Chorzowem) - VfR Königshütte.
Hitlerowskiej administracji sportowej źle się jednak kojarzyły te nazwy, bo
w międzywojniu kluby te zostały wchłonięte przez polskie organizacje
sportowe. Już wkrótce wszystkie kluby na Śląsku miały nowe niemieckie nazwy.
Np. miejsce BBC zajął Bismarckhütter Sport Verein, a Silesia nazywała się
odtąd Turn und Sportverein.
- Najbardziej propagandowa
zmiana nastąpiła w Chorzowie, gdzie VfR Königshütte zastąpiono Germanią.
Przed wojną był to Amatorski Klub Sportowy. AKS dysponował
najnowocześniejszym na Śląsku stadionem, który w 1927 r. uroczyście otworzył
prezydent Mościcki. Obok meczów piłkarskich odbywały się na nim zawody
lekkoatletyczne - np. Janusz Kusociński ścigał się ze słynnymi fińskim
długodystansowcem Paavo Nurmim, dziewięciokrotnym mistrzem olimpijskim.
- W czasie okupacji Germania
stopniowo stała się najsilniejszą drużyną piłkarską na Śląsku; walczyła
nawet w finałowych meczach o mistrzostwo Niemiec. W nowym klubie dominowała
starszyzna AKS z Leonardem Piątkiem (Piontkiem) na czele. To on chodził po
mieście, szukał dawnych kolegów, przekonywał ich do powrotu na boisko. Ci
się zgadzali, bo były reprezentant Polski cieszył się u kolegów wielkim
szacunkiem. Kibice mogli więc oglądać swych dawnych idoli. Tyle że już nie w
białych koszulkach z koniczynkami, ale w czarnych bluzach i spodenkach.
- Król Faruk gratuluje
- Czy kibicom podobało się to,
że przychodzili nie na AKS, tylko na Germanię? - Tej nazwy używano tylko
oficjalnie. Kibice zawsze mówili, że idą na mecz AKS. Podczas spotkań z
niemieckimi prezesami połowa zawodników mówiła po niemiecku, połowa po
polsku i nikomu to nie przeszkadzało. Prezesom tak naprawdę zależało, żeby
grali u nich dobrzy piłkarze, a narodowość nie była ważna. Na boisku
odzywaliśmy się do siebie tylko po polsku i nie było z tego powodu żadnych
nieprzyjemności - mówi 82-letni Teodor Wieczorek, po wojnie reprezentant
Polski, jedyny żyjący członek tamtej drużyny.
- Z czołowych zawodników dawnego
AKS brakowało tylko Jerzego Wostala, przedwojennego reprezentanta Polski,
który dostał pracę w redakcji gliwickiej gazety "Oberschlesische Wanderer" i
zaczął występować w Vorwaerts Rasensport Gleiwitz, klubie od początku do
końca niemieckim (w międzywojniu Gliwice leżały po niemieckiej stronie
granicy). Szybko zniknął też Józef Muskała, powołany do Wehrmachtu.
Stacjonował cztery lata w Grecji, grał gościnnie w kilku tutejszych klubach.
Tuż po wojnie występował w al Alamein i Suezie. Dobrej postawy po jednym z
meczów gratulował mu sam król Egiptu Faruk.
- Już w latach wojny w Germanii
pojawili się nowi utalentowani zawodnicy, np. zapomniany dziś bramkarz
Werner Janik (powojenny reprezentant Polski). Później jako żołnierz
Wehrmachtu służył w Bułgarii, grał w jednym z lokalnych klubów. W kwietniu
1948 r., już pod imieniem Antoni (komuniści naciskali wówczas na zmianę
imion, żeby brzmiały bardziej po polsku), wyjechał do Sofii na mecz
reprezentacji Polski. Gdy pojawił się na boisku, bułgarscy kibice zgotowali
mu owację na stojąco.
- Zawodnicy zarówno Germanii,
jak i pozostałych śląskich klubów, nie mogli liczyć na żadne wynagrodzenie.
Trenowali i rozgrywali mecze po godzinach pracy. - Żadnych premii nie było.
Jedyne pieniądze, jakie dostałem z klubu, to 100 marek po śmierci ojca w
1943 r. Klub zwracał mi też koszty przejazdu tramwajem na mecze i treningi -
wspomina Teodor Wieczorek.
- Do schronu nie zeszli
- Spektakularny sukces stał się
udziałem Turn und Sportverein z Lipin. Kiedyś była to odrębna gmina, dziś
część Świętochłowic. Bardzo biedna - podupadłe familoki (ceglane domy
mieszkalne), spora przestępczość. Wtedy jednak Lipiny przeżywały swoje złote
dni. W zespole, który przed wojną jako Naprzód nigdy nie zdołał awansować do
pierwszej ligi, grało aż trzech reprezentantów Polski, wśród nich bracia
Ryszard i Wilhelm Piecowie. Niekwestionowanym królem Lipin był Ryszard,
uczestnik meczu z Brazylią w finałach mistrzostw świata. Na jego widok
zatrzymywał się każdy tramwaj, choćby między przystankami, a motorniczy
pytali, czy nie ma ochoty gdzieś podjechać.
- W sezonie 1942/43 w Pucharze
Tschammera lipinianie łatwo pokonywali kolejne przeszkody, w tym silne kluby
niemieckie. Awansowali do półfinału, gdzie czekało na nich słynne TSV 1860
Monachium. Żeby mogło dojść do tego spotkania, piłkarze z Lipin musieli mieć
drugą kategorię folkslisty. Ale kto mógł ją mieć w robotniczej, siermiężnej
śląskiej osadzie, gdzie mało kto mówił po niemiecku? Jednak prezes klubu
Debernitz pojechał do Katowic i jakoś załatwił formalności. Po wojnie
kosztowało to tych młodych ludzi wiele upokorzeń - tuż po wejściu Armii
Czerwonej Ryszard Piec został aresztowany i wysłany do kierowanego przez
osławionego Salomona Morela obozu koncentracyjnego w Świętochłowicach.
Więziono tam ludzi niewygodnych dla nowego komunistycznego reżimu. Piecowi
udało się uciec z transportu.
- Piłkarze z Lipin jechali do
Monachium w zatłoczonym pociągu, na stojąco. Na miejsce dotarli dopiero w
dniu meczu - ponieważ normalnie pracowali, nie mogli pozwolić sobie na
wcześniejsze przybycie. Byli tak zmęczeni, że mimo alarmu przeciwlotniczego
żaden z nich nie zszedł do schronu, wszyscy pozostali w hotelowych łóżkach.
Mecz wzbudził ogromne zainteresowanie, na trybunach zasiadła liczna grupa
Ślązaków w niemieckich mundurach. Goście wywołali skandal, bo na boisku
mówili po polsku. Gospodarze wygrali 6:0, ale nawet niemiecka prasa pisała o
ambicji i woli walki lipinian. W mieście do dziś wspomina się awans do
półfinału Pucharu Tschammera jako wielki sukces niedocenianych piłkarzy.
- Ma brata w Wehrmachcie, znaczy
Niemiec
- Przykładem tego, jak poplątane
były losy śląskich piłkarzy, jest historia rodziny Malików. Richard Malik z
Bytomia - pierwszy Górnoślązak, który jeszcze przed wojną zagrał w
oficjalnych meczach reprezentacji Niemiec - zginął w styczniu 1945 r. na
froncie wschodnim. Jego kuzyn Leonard Malik wywodził się z tej gałęzi
rodziny, która po plebiscycie w 1921 r. pozostała po polskiej stronie
Śląska. Wychowanek katowickiej Pogoni; też zagrał w reprezentacji - ale
Polski. Na rok przed wybuchem wojny był więziony w Berezie Kartuskiej
(pochodził z rodziny o zdecydowanie socjalistycznych przekonaniach), a po
wojnie - jako Niemca! - zamknięto go w obozie koncentracyjnym w Mysłowicach,
gdzie zmarł, prawdopodobnie z wycieńczenia.
- W Rybniku do dziś żywa jest
pamięć meczu, który odbył się wiosną 1943 r. Miejscowa drużyna spotkała się
z jedenastką esesmanów przebywających w tych stronach na przeszkoleniu.
Sędzia podyktował rzut karny dla Rybnika. Jeden z jego graczy uderzył tak
mocno, że bramkarz niemiecki, trafiony w brzuch, zmarł. Wśród rybniczan
krążyły komentarze, że to rewanż za krzywdy Polaków.
- Niektórzy działacze piłkarscy
zaangażowali się w czynny opór. Józef Korol, jeden z przedwojennych prezesów
Ruchu Chorzów, został komendantem Podokręgu Śląskiego w Krakowskim Okręgu
Służby Zwycięstwu Polski (przekształconej wkrótce w Związek Walki Zbrojnej,
później Armię Krajową). Zginął w sierpniu 1940 r. w potyczce z Niemcami.
Ranny w nogę, nie chciał się dostać do niewoli, więc zażył cyjanek.
- I tak wojny nie wygrają
- Niemcy zaczęli przegrywać na
wszystkich frontach, ale rozgrywki trwały w najlepsze. Wiosną 1944 r.
Germania Königshütte podejmowała Turn und Sportverein Lipine, mecz decydował
o mistrzostwie Górnego Śląska. Na Stadion im. Adolfa Hitlera w Hindenburgu
(dziś im. Ernesta Pohla w Zabrzu) przyszło 15 tys. kibiców.
- Jeszcze 30 kwietnia 1944 r., w
chwili gdy Armia Czerwona była już niedaleko ziem polskich, a żołnierze II
Korpusu zajmowali pozycje pod masywem Monte Cassino, na Śląsku wydarzeniem
dnia był towarzyski mecz piłkarski. Na stadion dzisiejszego Ruchu Chorzów
przyszło aż 50 tys. widzów. Chcieli zobaczyć słynną niemiecką drużynę
Schalke 04, w której grali sławni napastnicy polskiego pochodzenia - Fritz
Sczepan (dwukrotny uczestnik mistrzostw świata) i Ernst Kuzorra. Goście
rozbili wówczas Bergknappen Königshütte (przed wojną Kresy Chorzów) aż 8:1.
Adolf Thiem z Chorzowa po wojnie zmieni personalia na Franciszek Tim i
będzie graczem Ruchu.
- W połowie 1944 roku Niemcy
byli w tak krytycznej sytuacji, że wcielali do Wehrmachtu praktycznie
każdego. Bramkarzowi Ryszardowi Wyrobkowi - wychowankowi Bismarckhütter
Sport Verein, po wojnie grał w Ruchu - podnieśli bez pytania kategorię
folkslisty z czwartej (był z zasłużonej rodziny powstańczej) na trzecią i od
razu dali mundur. Podobno latem 1944 roku w pociągach wiozących śląskich "wehrmachtowców"
na front słychać było zbiorowo śpiewaną pieśń "Boże coś Polskę". Wielu
wcielonych Ślązaków dezerterowało przy pierwszej nadarzającej się okazji.
Uciekali do polskiego wojska albo wstępowali do niego po wzięciu przez
aliantów do niewoli.
- Edmund Giemsa, przed wojną
reprezentant Polski, pełnił we Francji służbę w niemieckim wojsku razem z
piłkarskim gwiazdorem Świętochłowic Ewaldem Cebulą, również polskim
reprezentantem. Tuż przed śmiercią Cebula opowiadał jednemu z autorów tego
tekstu, że Giemsa nawet w Wehrmachcie nie chciał nauczyć się niemieckiego,
twierdząc, że "te ch... i tak wojny nie wygrają". Uciekł do francuskiej
partyzantki, a potem przedostał się do II Korpusu.
- Cebula także zdezerterował,
pod koniec wojny służył w armii Andersa we Włoszech. Grał tam w drużynie
polskiego korpusu, która minimalnie przegrała ze sławną drużyną Napoli. -
Pewnego dnia działacz Lazio Rzym zaproponował mi grę w swojej drużynie, ale
ja nie mogłem się zdecydować. Na Śląsku zostawiłem przecież żonę i dziecko.
Ostatecznie wróciłem do domu - opowiadał Cebula, który trafił w końcu do
Ruchu Chorzów.
- Jako "człowiek Andersa" miał
po powrocie kłopoty z UB. Ubecy pewnego razu spytali Wiktora Markiefkę,
znanego przodownika pracy, posła i zaprzysięgłego kibica Ruchu, co by
zrobił, gdyby mu tak zamknęli Cebulę. Markiefka zerwał się, wyciągnął
rewolwer z kabury (posłowie mieli prawo do noszenia broni) i zaczął do nich
mierzyć, grożąc, że ich wszystkich powystrzela. Odpuścili. Markiefka za Ruch
dałby się pokroić. To właśnie dzięki niemu warszawskiej Legii nie udało się
zabrać - pod pretekstem służby wojskowej - Gerarda Cieślika. Poseł wyprosił
to osobiście u Bieruta.
- Z boiska do kopalni, z kopalni
do młyna
- Gerard Cieślik, symbol
polskiej piłki lat 50., został pod koniec wojny wcielony do Wehrmachtu. Nie
za bardzo chce o tym mówić. - Wtedy wszyscy tam trafiali. Skoro pan wszystko
już wie, to o czym chce pan rozmawiać? - mówi tylko. Jego ojciec był
powstańcem śląskim, który po plebiscycie osiadł po polskiej stronie granicy
dzielącej Śląsk. Zginął w 1939 r. w niemieckim bombardowaniu. Utrzymanie
rodziny spadło na barki synów - Gerarda i Jerzego. Ten drugi, starszy,
został siłą wcielony do niemieckiego wojska i zginął na froncie. Gerard był
w Wehrmachcie tylko kilka miesięcy, potem wojna się skończyła.
- - Spotkaliśmy się radzieckim
obozie jenieckim w Brandenburgu nad Hawelą. Pamiętam, jak podszedł do mnie
młodziutki chłopak. "To pan jest Teo Wieczorek z AKS?" - spytał mnie wtedy z
pewnością w głosie - wspomina Teodor Wieczorek, który także wcielony do
Wehrmachtu, wpadł w ręce Rosjan. - Pracowaliśmy w młynie, nosiliśmy worki z
mąką. Pomagałem wtedy Gerardowi. Rosjanie traktowali mnie dobrze, bo znałem
ich język. Nauczyłem się go, bo gdy grałem w Germanii, na kopalni
Michalkowitz pracowałem z rosyjskimi więźniami.
- Niektórymi śląskimi piłkarzami
Wehrmacht nie chciał się interesować. Taki był właśnie przypadek bramkarza
Anatola Muszały, jednego z ostatnich żyjących - obok Cieślika i Wieczorka -
piłkarzy uczestniczących w czasie okupacji w rozgrywkach Gauligi. Już jako
18-latek zadebiutował w pierwszej drużynie Turn und Sportgemainde Myslowitz
(w 1943 r. drużyna seniorów przestała istnieć, bo wszyscy starsi piłkarze
dostali powołanie), od sierpnia 1944 r. grał w jednej z drużyn katowickich.
Jego ojciec, przed wojną chadecki radny w Mysłowicach, podpisał polską listę
narodowościową. Nie spotkały go za to żadne szykany ze strony hitlerowców -
paradoksalnie ci, którzy odmawiali podpisania folkslisty, często w spokoju
doczekiwali końca wojny, a ci, którzy się na to godzili, szybko trafiali do
Wehrmachtu.
- Muszała mówi, że ojciec nie
miał nic przeciwko jego grze w niemieckich rozgrywkach. Wspomina zdarzenie z
1944 roku - piłkarzom RSG uszła na sucho popijawa w kolejarskim lokalu,
kiedy to śpiewali "Jeszcze Polska nie zginęła".
- Sprawdzić, czy to dobrzy
Polacy
- Przeszedł front i zaczęły się
kłopoty: władze rozpoczęły weryfikację. Okręgowe władze piłkarskie uczyniły
zarządy klubów "osobiście odpowiedzialnymi za nieskazitelność zawodników pod
względem narodowym".
- Problemy mieli z tym nawet
przedwojenni reprezentanci Polski, m.in. Erwin Nyc, który w czasie wojny
grał m.in. w drużynach Luftwaffe i w reprezentacji Berlina. Wtedy grupa
piłkarzy z Krakowa i Warszawy złożyła publiczne oświadczenie, że Nyc
"współpracował z narażeniem życia dla zakupu broni dla polskiego podziemia i
ani przez sekundę nie stracił godności w służbie dla AK".
- Z kolei Ewald Dytko miał
nieprzyjemności tylko dlatego, że - jak setki tysięcy osób - podpisał
folkslistę. Dytko chciał występować w nowo tworzonym Baildonie Katowice, ale
zmuszono go, by podpisał deklarację gry w katowickim Milicyjnym Klubie
Sportowym. Zarząd MKS nie chciał początkowo wyrazić zgody na jego przejście
do Baildonu, ale zarząd tego klubu wystąpił do Śląskiego Okręgowego Związku
Piłki Nożnej z wnioskiem "o rehabilitację ob. Dytki Ewalda [potem Edwarda -
red.] jako sportowca, tym bardziej że ob. Dytko podpisał w międzyczasie
deklarację wierności i jest pełnoprawnym Polakiem i obywatelem
Demokratycznej Rzeczypospolitej Polskiej". I Dytko do Baildonu przeszedł.
- Inaczej było choćby z Janem
Lekkim, w czasie wojny graczem RSG Kattowitz. Nie przeszedł weryfikacji,
więc nielegalnie przekroczył granicę i osiadł w Niemczech. Podobno
przeszmuglowali go za pieniądze żołnierze alianccy, którzy tuż po wojnie
często gościli na Śląsku.
- Grali jak gdyby nigdy nic
- W piłkę na Śląsku grało się
praktycznie do końca wojny. 12 stycznia 1945 r. żołnierze 1. Frontu
Ukraińskiego przekroczyli Wisłę i ruszyli na Śląsk. W Katowicach wybuchła
panika. Tymczasem "Kattowitzer Zeitung" pisał jak gdyby nigdy nic: "Ostro
walczono 14 stycznia na boiskach śląskiej Gauligi. Można się spodziewać, że
za kilka tygodni niektóre kluby przeżyją osłabienie formy".
- Na 20 stycznia gazeta z
podziwu godnym spokojem zapowiedziała kolejną rundę spotkań. W niedzielę o
14.30 miały się rozpocząć następujące mecze: TuS Lipine - SVg Bismarckhütte,
Preußen Hindenburg - Germania Königshütte... Itd., itd.
- Tydzień później do Katowic
wkroczyła Armia Czerwona.
- Paweł Czado, Joachim Waloszek
- Tekst pochodzi z portalu
Gazeta.pl - www.gazeta.pl © Agora SA