Publikacja pochodzi ze strony internetowej http://wilk.wpk.p.lodz.pl/~whatfor/

zamieszczono: 11-10-2005

 

Proces norymberski był jednym z największych i najdłuższych procesów świata. Tak oceniano go jeszcze w latach 70-tych.

Dziś już oczywiście znamy "większe i dłuższe"... [znamy nawet procesy, które nigdy się nie zakończą...]

Lecz jego "rekord" pobity został dopiero po 20 latach przez tzw. "proces oświęcimski", toczący się przed hamburskim Sądem Przysięgłych.

Pierwszy proces przed Międzynarodowym Trybunałem Wojskowym w Norymberdze rozpoczął się 20.XI.1945 o godz. 10:00, a zakończył ogłoszeniem wyroku w południe 1.X.1946.

Skład Trybunału przedstawiał się następująco:

- Lord Geoffrey Lawrence - przewodniczący [GB],

- Francis Biddle [USA],

- gen. Nikiczenko [ZSRR],

- prof. Donnedieu de Vabres [F].

Sędziowie byli przedstawicielami tzw. "Czterech Mocarstw" [do dziś zastanawiam się nad pytaniem: "Co wśród "Mocarzy" robili Francuzi?" - i nie potrafię znaleźć na nie odpowiedzi].

Obok nich zasiedli oskarżyciele: Jackson [USA], Rudenko [ZSRR], Shawcross [GB] i Menthon [F]. W ciągu 10 miesięcy i 10 dni Trybunał urzędujący w norymberskim Pałacu Sprawiedliwości odbył 403 sesje jawne w ciągu 218 dni pracy. Wysłuchano zeznań 240 świadków i zapoznano się z ogromną liczbą złożonych pod przysięgą oświadczeń. Cały proces był tłumaczony na cztery języki. Protokół stenograficzny objął ponad 4.000.000 słów spisanych na 16.000 stron. Oskarżyciele w toku przewodu przedłożyli 2630 dokumentów, obrona - 2700. Oskarżeni mieli 27 obrońców, którym pomagało 54 asystentów-prawników i 67 sekretarek.

Galeria prasowa.

Amerykańskie biuro tłumaczenia dokumentów...

Na powielenie przedłożonych dokumentów dla użytku sądu, obrony, prasy itd. zużyto 5.000.000 arkuszy papieru. Specjalnie zainstalowane laboratorium fotograficzne wykonało 780.000 fotokopii różnych dokumentów. Pod każdym względem był to proces-monstrum... Dla utrwalenia przebiegu rozprawy zużyto 27.000 metrów taśmy magnetofonowej i 7000 płyt gramofonowych. Cały przebieg procesu był filmowany.

Norymberga 1938: "Dzień Wehrmachtu".

Na tym stadionie po raz pierwszy pokazano sprawność "Panzerwaffe".

Nie przypadkowo alianci wybrali bawarskie Nürnberg na miejsce tego historycznego procesu. To właśnie tu w latach 30-tych odbywały się z udziałem bonzów NSDAP słynne Parteitagi. Tu w 1933 roku świętowano dojście Hitlera do władzy. Tu odbywały się doroczne "Dni Wehrmachtu". Tu, w 1935 roku uchwalono słynne "ustawy norymberskie", skierowane przeciwko obywatelom narodowości żydowskiej.

To z tego miasta rozlała się fala rasowej nienawiści...

Wiosną 1945 było to już zupełnie inne miasto... Nikt już nie wykrzykiwał radosnego "Heil", ulicami nie paradowały zwarte oddziały SA.

Jeżeli już w jakimś rozbitym oknie łopotała na wietrze flaga - to była biała!

Dziwnym trafem, gmach Pałacu Sprawiedliwości uniknął poważniejszych uszkodzeń w trakcie licznych bombardowań, które przeżyła Norymberga. Po wojnie pojawiały się różne spekulacje na ten temat, lecz nie chce mi się jakoś uwierzyć, w tak zegarmistrzowską precyzję amerykańskich lotników, która pozwoliła by im oszczędzić budynek, wytypowany na miejsce przyszłego procesu. Prawdą jest, że latem 1945, był to jeden z mniej zniszczonych obiektów w tym mieście i bez większych trudów można w nim było urządzić "proces stulecia".

Z więzienia wprost do Pałacu  Sprawiedliwości prowadził podziemny korytarz. Bezpieczeństwo procesu zapewniał specjalny baon MP [Military Police] wzmocniony... dwoma czołgami! "Młodzi, rośli chłopcy. Ręce skrzyżowane z tyłu, w rękach białe pałki. Czysty symbol - nie użyli ich ani razu. Stoją nieruchomo. Żują gumę. Mają obserwować każdy ruch oskarżonych, nie spuszczać ich z oka".

Akt oskarżenia...

Akt oskarżenia przeciwko 21 dygnitarzom hitlerowskim został opublikowany 6.X.1945. Nad jego przygotowaniem alianci pracowali jeszcze w czasie prowadzonych działań wojennych. Wywołał on zrozumiałe zainteresowanie na całym świecie i... oburzenie w Polsce. Dla świata był to podstawowy dokument wstępny do procesu, który budził powszechną ciekawość. Po jego przestudiowaniu okazało się jednak, że jest to dokument bardzo niedoskonały, zawierający wiele błędów i braków. Szczególnie rażące były braki dotyczące polityki okupacyjnej i zbrodni popełnionych w Polsce. Jeszcze przed rozpoczęciem procesu, nasz korespondent oddelegowany do Norymbergii, Edmund Osmańczyk pisał:

"Proces norymberski ma sprawić, by przywódcy Trzeciej Rzeszy nigdy nie stali się bohaterami narodowymi, by sztandary niemieckie nigdy nie pochyliły się przed pomnikami historycznych zbrodniarzy. By przyszłe pokolenia Niemców uznały krwawą winę i spłacić mogły - i chciały - straszliwy dług wobec całego świata. By dzieci niemieckie nie słuchały z dumą wykładów historii o potędze państwa niemieckiego, które sięgało od Atlantyku po Kaukaz, lecz by wiedziały, na czym ta potęga była oparta i do jak straszliwej klęski światowej i narodowej doprowadziła.

Takim powinien być proces w Norymberdze...

Taka powinna być linia postępowania aliantów w pracy nad wychowaniem narodu niemieckiego.

Dziwnym jest więc fakt, że zbyt mało miejsca poświęca się u nas uwagi tym zagadnieniom zasadniczym, a przygotowania do procesu traktuje się od strony najbłahszej sensacji. Notatkom o schudnięciu Göringa czy o histerycznych atakach Streichera poświęca się więcej miejsca niż aktowi oskarżenia.

[...] Najdziwniejszym zaś jest... akt oskarżenia.

Akt oskarżenia opracowany jest w sposób zdumiewający...

W akcie oskarżenia nie ma ani słowa o Powstaniu Warszawskim, ani słowa o Palmirach, o terrorze i egzekucjach ulicznych osławionego Kutschery. Nie ma ani słowa o masowym wywożeniu Polaków na katorgę »robót w Rzeszy«. Nie ma ani jednego przykładu z Polski w punkcie dotyczącym mordowania zakładników. Nie ma nic - dosłownie nic - w omówieniu »rabunku własności prywatnej i publicznej«. Akt oskarżenia nie znalazł w Polsce żadnych przykładów na »nakładanie kar pieniężnych na społeczeństwo«, na »złośliwe niszczenie miast i wsi i spustoszenia dokonywane bez uzasadnionej konieczności wojskowej«. Ani jednego przykładu z Polski na »przymusową rekrutację robotników cywilnych«, na »germanizację okupowanych terenów«.

Pominięto całkowicie zagładę gett żydowskich w miastach polskich.

Długi byłby rejestr faktów nie uwzględnionych w tym dziwnym dokumencie. Niemal tak długi, jak długa jest lista niezliczonych przestępstw i zbrodni niemieckich w Polsce..."

Do aktu oskarżenia, strona sowiecka próbowała przemycić "sprawę katyńską". Z Bułgarii sprowadzono nawet, aresztowanego tam przez NKWD lekarza, dr Markowa, tego samego, który wiosną 1943 wszedł w skład utworzonej przez Niemców międzynarodowej komisji badającej ekshumowane w lasku katyńskim zwłoki zamordowanych polskich oficerów. Jednak Sowietom, pomimo ich ogromnych wysiłków, nie udało się przypisać swojej zbrodni Niemcom. Po kilku kompromitujących zeznaniach, wycofali ten punkt z aktu oskarżenia tłumacząc się, że zaszło "małe nieporozumienie": im chodziło o białoruską wioskę Chatyń, spacyfikowaną przez Niemców! Przez kolejnych 45 lat nie wracali już do tej sprawy...

Główny oskarżyciel sowiecki, gen. Rudenko.

W swoich licznych wystąpieniach zgrabnie usiłował pominąć fakt, że we wrześniu 1939 Związek Sowiecki - na równi z Rzeszą niemiecką - współuczestniczył w rozpętaniu II wojny światowej.

Kolejną ich "wpadką" była wydobyta na światło dzienne przez obrońców niemieckich, tajna klauzula do paktu "Ribbentrop-Mołotow", podpisanego 23 sierpnia 1939 w Moskwie, a będąca faktyczną podstawą IV rozbioru Polski. Dokument ten stawiał Sowietów w roli agresorów - na równi z Niemcami. Po krótkim zamieszaniu na sali sądowej, strona sowiecka wymusiła... wycofanie niewygodnego dokumentu z akt procesowych...

Tuż przed wybuchem II wojny światowej, na jednej z ostatnich odpraw Sztabu Generalnego Wehrmachtu, Adolf Hitler domagając się by armia działała bezlitośnie, uspokajał sowich niezdecydowanych generałów: "Nikt nie sądzi zwycięzców".

Ta maksyma otrzymała żałosne potwierdzenie w Norymberdze roku 1945...

Po odczytaniu aktu oskarżenia, Lord Geoffrey Lawrence, przewodniczący Trybunału, zadał oskarżonym pytanie czy przyznają się do winy. Wszyscy wstawali po kolei, podchodzili do mikrofonu i odpowiadali: "Nie przyznaję się do winy". "Nie jestem winien".

Żaden z nich nie był winien...

Ława oskarżonych

Jeszcze przed rozpoczęciem procesu, w celi więziennej powiesił się dr Robert Ley - przywódca Niemieckiego Frontu Pracy [Deutsche Arbeitsfront - DAF]. Kolejnym oskarżonym miał być Martin Bormann - oficjalnie szef Kancelarii i zastępca Hitlera d/s NSDAP. Wobec jego tajemniczego zniknięcia w ostatnich godzinach obrony Berlina, Trybunał postanowił sądzić go zaocznie. Natomiast Gustav Krupp, legendarny "król armat", został uznany za "zbyt starego" by stawić się przed sądem...

Ostatecznie na ławie oskarżonych zasiadło 21 osób.

GoringGoring

Numery zgodne z kolejnością poniższego opisu oskarżonych. U dołu zdjęcia widoczne są stanowiska obrońców i ich asystentów.

 

 

Lista sądzonych wyglądała następująco:

1. Hermann Göring

marszałek Rzeszy, jako minister spraw wewnętrznych Prus w 1933 powołał do życia Pruski Urząd Tajnej Policji Państwowej [Preussische Geheime Staatspolizeiamt - Gestapa, późniejsze Gestapo], współtwórca i głównodowodzący odrodzonej w 1935 Luftwaffe. Przez wiele lat był prawą ręką Hitlera w NSDAP, i z jej mandatu od 1933 sprawował urząd  przewodniczącego Reichstagu.

Lata dwudzieste - początek działania partii Hitlera. Göring podtrzymywał wówczas mit o niepokonanej Reichswerze i rzekomym "nożu wbitym w plecy".

Jako "drugi człowiek w Rzeszy" Hermann Göring aktywnie uczestniczył we wszystkich istotnych wydarzeniach polityki niemieckiej. Gdy leciwy marszałek Hindenburg w styczniu 1933

powierzył władzę Hitlerowi, wpływy grubego Hermana znacznie wzrosły.

 Dla ludzkości byłoby lepiej, gdyby Göring pozostał tylko Wielkim Łowczym Rzeszy

W kolejnych latach był też ministrem d/s "Planu Czteroletniego", "Wielkim Łowczym Rzeszy" i szefem służb leśnych [Reichsjagd- und Forstmeister]. Prowadził wówczas bardzo wystawny tryb życia. Do legendy przeszły jego "kapiące przepychem" posiadłości, w których gromadził tysiące dzieł sztuki, zrabowanych w podbitych krajach Europy. Był przedstawicielem Rzeszy na uroczystościach pogrzebowych marszałka Piłsudskiego, które odbyły się w maju 1935 w Warszawie. W tym czasie często odwiedzał Polskę. Brał udział w licznych polowaniach organizowanych na jego cześć przez prezydenta Mościckiego w Białowieży. Strona polska traktowała go jako reprezentanta umiarkowanej frakcji polityków niemieckich. Było to jednak fałszywe przekonanie naszych polityków, którzy do końca nie zrozumieli czym jest Rzesza Adolfa Hitlera. Hermann Göring rolę "wielkiego przyjaciela Polski" grał do ostatnich dni sierpnia 1939...

Na jego rozkaz, samoloty niemieckie we wrześniu 1939, bombardowały polskie obiekty cywilne, niszcząc setki naszych wiosek i miast. Był zwolennikiem "terroru lotniczego", którym chciał doprowadzić do kapitulacji armii polskiej. Lotnicy Luftwaffe zasłynęli z bezlitosnego ostrzeliwania kolumn uciekinierów na zatłoczonych drogach, niszczyli szpitale i pociągi sanitarne oznaczone symbolami Czerwonego Krzyża.

Do czasu klęski jego Luftwaffe w "bitwie o Anglię", uchodził za "człowieka nr 2" w Trzeciej Rzeszy. Później popadł w niełaskę Wodza i jego wpływy zaczęły gwałtownie maleć. Stresy topił w alkoholu, a jego "różowe wizje", jak się później okazało, były efektem coraz większych dawek narkotyków...

W czasie procesu norymberskiego był "oskarżonym nr 1", co stale podkreślał, dbając przy tym, aby nikt z oskarżonych nie pozbawił go tej zazdrośnie strzeżonej pozycji. Występował w szaro-stalowym mundurze lotniczym bez odznak [podobno Amerykanie w jego garderobie odkryli ok. 100 różnych uniformów, które sam projektował].

Tu jeszcze uśmiechnięci.

Göring, Himmler i Hitler skończą identycznie...

 

Jako oskarżony niczym już nie przypominał dawnego "grubego Hermanna". Mundur zwisał na nim żałośnie. Był to efekt kuracji, jakiej został poddany natychmiast po aresztowaniu. Od czasów I wojny światowej [walczył w słynnej eskadrze barona von Richthofena] Göring był narkomanem. Wówczas ranny, następnie leczony morfiną, szybko uzależnił się od niej. W latach 30-tych, w Szwecji przeszedł pierwszą kurację odwykową. Do nałogu powrócił już po wybuchu wojny.

Z przyniesionego do więzienia bagażu skonfiskowano mu wielki zapas narkotyków. Szef więzienia norymberskiego, płk Andrus, lubił to tak wspominać:

"Gdy Göring przyszedł do mnie do Mondorf, był sztucznie uśmiechającym się łamagą. Miał dwie walizki wyładowane paracodeiną. Myślałem, że to handlarz narkotyków. Zabraliśmy mu ten towar i zrobiliśmy z niego człowieka".

Konferencja prasowa zwołana przez Amerykanów wkrótce po aresztowaniu marszałka.

 

Hermann Göring był primadonną procesu norymberskiego - od jego początku do samego końca. Całym swym zachowaniem, od pierwszego dnia rozprawy, wysuwał się na pierwszy plan, odgrywał główną rolę. Na codziennym spacerze w więzieniu ściśle przestrzegał protokolarnej kolejności i przywoływał do porządku kolegów, którzy próbowali zająć jego miejsce. Gdy w trakcie rozprawy zdarzyło się, że chwilowa sensacja usuwała w cień jego osobę, nie ukrywał swego rozdrażnienia i irytacji. Tak było, gdy na sali po raz pierwszy pojawił się Kaltenbrunner, tak było, gdy zeznawali najciekawsi świadkowie.

Göring czuł się wielkim człowiekiem i postacią historyczną - kilkakrotnie w takich słowach mówił sam o sobie...

Obiad w przerwie między rozprawami.

Na sali sądowej słuchał bacznie każdego słowa rozprawy, bezustannie robił notatki, posyłał jakieś karteczki i dyspozycje do swoich obrońców i współoskarżonych. Gdy tylko na chwilę zacięła się transmisja tłumaczenia, sygnalizował to natychmiast szerokimi gestami, żądając przerwania rozprawy i powtórzenia opuszczonego fragmentu. Mimiką twarzy, ruchami głowy, szerokimi gestami ramion potwierdzał odczytywane właśnie dokumenty i fakty, innym zaś zaprzeczał z ostentacyjnym oburzeniem. Stale usiłował dojść do głosu i zadawać pytania świadkom. Uspokoiły go dopiero stanowcze interwencje przewodniczącego. Na pytania swojego obrońcy odpowiadał 3 dni. W ciągu tych dni marszałek Rzeszy wygłaszał właściwie jedną, wielką mowę polityczną.

Później nastąpiły jeszcze pytania innych obrońców i prokuratorskie "przesłuchania krzyżowe". W sumie Göring przy pulpicie świadka zasiadał 10 dni - przez 20 pełnych sesji Trybunału. Poza salą sądową marszałek wywierał stałą presję na pozostałych oskarżonych. Wpadał w złość, gdy ktokolwiek wyłamywał się z narzuconej przez niego dyscypliny. Na sali sądowej potrafił obrzucać obelgami świadków takich jak feldmarszałek Friedrich von Paulus, gen. SS Erich von dem Bach czy Hans Bernd Gisevius, którzy swoimi zeznaniami obciążyli osobiście jego, reżym hitlerowski lub III Rzeszę. Gdy stało się jasne, że Göring wszelkimi sposobami stara się wpływać na zeznania współoskarżonych, władze więzienia postanowiły odizolować go od reszty kolegów. Odtąd posiłki jadał samotnie - a właśnie w czasie wspólnych obiadów oskarżeni mogli swobodnie kontaktować się ze sobą. Lecz nawet wówczas, gdy był już sam, potrafił przez swoich obrońców przesyłać kolegom "prośby i groźby", szantażował ich, a opornych straszył "sądem kapturowym". Stale sugerował jaką linię obrony mają przyjąć, z jakich świadków zrezygnować... O czym nie mówić.

Przygarbiony nad miską zupy, więzień Göring zapewne przywoływał w pamięci dawne wystawne uczty Wielkiego Łowczego Rzeszy. Marszałek zawsze kochał dobre jedzenie. W 1943 krzyczał, że gdy choć jedna aliancka bomba spadnie na Berlin, to zje własną czapkę. Oczywiście swej groźby nie spełnił. W tych ciężkich czasach wolał jadać dziczyznę, ptasie języki i kawior...

Do końca, uparcie bronił zbrodniczego systemu. Gdy wyświetlono wstrząsający sowiecki film o zbrodniach niemieckich popełnionych na Białorusi i Ukrainie, Göring oświadczył - ku zdumieniu nawet części współoskarżonych - że to w ogóle nie jest żaden dokument i że taki film może sobie każdy zrobić. Gdy mówiono o eksterminacji Żydów - nazwał to "grubą przesadą". Przy tej okazji dodał: "Może tam rzeczywiście ten psychopata Himmler wymordował w tajemnicy jakieś paręset tysięcy osób, ale o żadnych milionach mowy być nie może". Zeznania byłego komendanta KL Auschwitz Rudolfa Hössa wprawiły go w wielkie zakłopotanie... Po nich zrewidował swoją dotychczasową linię obrony. Odtąd utrzymywał, że nikt poza Himmlerem nie wiedział o rozmiarach tych niewiarygodnych zbrodni, a podobne przestępstwa popełniane były w historii przez różne narody i państwa - i historia przeszła nad nimi do porządku dziennego. Gdy któregoś dnia sensacją stało się dodanie do aktu oskarżenia 38 tomów "Dziennika Franka", w których skrupulatnie, na 11 tysiącach stron, dzień po dniu opisano terror w Generalnej Guberni, Göring usiłował podważyć autentyczność tego niecodziennego dokumentu. Do końca pozował na ostatniego człowieka wiernego Hitlerowi. Wiedział, że z procesu nie wyniesie głowy, postanowił więc zadbać o własną legendę. "Lwi pazur" pokazał, gdy doszło do jego "krzyżowego przesłuchania". Starł się w bezpośrednim pojedynku z czołowymi przedstawicielami oskarżenia. Mówił ze swadą, błyskotliwie, od niechcenia wtrącając anegdoty, zabawne sentencje...

Gdy Göring po raz pierwszy pojawił się na sali rozpraw, prasa całego świata donosiła, że "marszałek strasznie schudł".

Wówczas jego zbrodnie jakoś nie interesowały dziennikarzy...

Drugi raz wzbudził powszechną sensację dopiero w czasie swoich 10-dniowych zeznań.

Wszystkim bacznym obserwatorom, którzy dotąd uważali go jedynie za "śmiesznego kabotyna i pajaca", zaimponował doskonałą pamięcią i refleksem. W ciągu 10 dni przesłuchań Hermann Göring pokazał, na co go stać! Odpowiadał na pytania z niezwykłą inteligencją i bystrością.

Z jakimś przewrotnym sprytem unikał najgorszych pułapek, wykazał przytomność umysłu i nieprzeciętną pamięć. Gdy na przykład oskarżenie zaskakiwało go kompromitującym cytatem, wyjętym z obszernego, liczącego kilkanaście czy kilkadziesiąt stron dokumentu, Göring żądał zaprezentowania mu pełnego tekstu i potrafił w ciągu kilkunastu sekund odnaleźć w tymże dokumencie inny fragment, który w jakimś stopniu podważał lub osłabiał oskarżenie. A chodziło nieraz o wydarzenia sprzed wielu lat, o protokół jednego z niezliczonych zebrań, posiedzeń czy odpraw u Hitlera. Doszło do tego, że doskonały prawnik i technik sądowy prokurator Jackson, nie mógł sobie dać rady z tą mieszaniną bezczelności i inteligencji. Raz i drugi zaapelował do sądu, by przywołał oskarżonego do porządku, i wreszcie... nie doprowadził swego przesłuchania do końca. Dla wszystkich było jasne, że prokurator Robert Jackson przegrał pojedynek z marszałkiem. Trybunał pozwolił Göringowi dosłownie na wszystko. Mógł nie tylko udzielać najbardziej drobiazgowych, wielogodzinnych wyjaśnień, ale także atakować prokuratorów. Mógł gloryfikować idee hitlerowskie i dyskredytować politykę aliantów. Mógł kłamać i protestować. Mówił tak, jakby wciąż stał na trybunie norymberskiego Parteitagu w 1937 czy 1939, a nie przed Trybunałem w roku 1946. Według obserwatorów, dobrze się stało, że Trybunał na wszystko mu pozwalał. Bo oskarżony wielokrotnie zaplątywał się w zeznaniach i musiał potem wycofywać się i kluczyć, zmieniając wcześniejsze oświadczenia [tak było np. ze "sprawą bydgoską"].

W parę miesięcy później, w ostatnim słowie, zmienił zasadniczo linię obrony: nie bronił już Hitlera i jego misji dziejowej, nie próbował już kreować się na wiernego do końca towarzysza i najbliższego współpracownika Hitlera. Przerzucił się w ostatniej chwili na sprawy bardziej dla niego pilne i istotne. Odcinając się od bezspornie udowodnionych zbrodni i okrucieństw, chciał dowieść swojej całkowitej niewinności i dobrej woli. Wzywał Boga i naród niemiecki na świadków, że zawsze działał z czystego patriotyzmu i miłości dla ojczyzny.

Mimo, że poprzednio wielokrotnie przybierał bohaterskie pozy, brawurując także na temat spodziewanego wyroku śmierci, sam wyrok wstrząsnął nim tak, że po powrocie do celi nie mógł wykrztusić słowa i był bliski ataku nerwowego.

Umiał wygłaszać efektowne sentencje na temat znikomej wartości życia ludzkiego w porównaniu z losami narodu.

Umiał pogardliwym machnięciem ręki zbywać odpowiedzialność za śmierć milionów niewinnych ofiar.

Gdy przyszło do zapłacenia rachunku własnym życiem, zmieniła się nagle skala wartości...

W noc przed egzekucją zażądał od kapelana więziennego udzielenia mu ostatnich sakramentów i błogosławieństwa według obrządku luterańskiego. Kapelan był tym bardzo zdziwiony i po dłuższym namyśle... odmówił tej posługi, oświadczając, że nie zauważył u oskarżonego żadnych objawów skruchy.

Dwie godziny przed wykonaniem egzekucji, w nocy z 15/16 października 1946, Göring popełnił samobójstwo, zażywając w celi podrzucony mu cyjanek potasu. Do dziś, już trzech ludzi, każdy z osobna, przyznało się, do zasługi przeszmuglowania trucizny do pilnie strzeżonej celi marszałka...

Jego ciało, podobnie jak ciała reszty straconych, przewieziono następnego dnia do byłego obozu KL Dachau pod Monachium. Tam, po raz ostatni rozpalono ogień w krematorium. Prochy zbrodniarzy rozsiano z samolotu nad jedną z niemieckich rzek. Nad którą? To tajne miejsce, jest także polem do licznych spekulacji i sądzę, że jeszcze coś o tym usłyszymy...

Dopiero 30 lat po procesie Amerykanie zdecydowali się na publikację trzech listów, które Göring zostawił przed samobójstwem pod poduszką. Jeden z listów tłumaczy jego decyzję:

"Bez wahania dałbym się rozstrzelać. Jest rzeczą niemożliwą, aby powiesić niemieckiego Marszałka Rzeszy! Nie mogę się na to zgodzić w imię honoru Niemiec".

Jak widać, Göring do końca starał się budować legendę rycerskiej armii, której "honor Niemiec" jakoś wcześniej nie przeszkadzał w popełnianiu najcięższych zbrodni na polach drugiej wojny światowej. 

Z prośbą o zmianę formy egzekucji męża, zwróciła się do Trybunału Emma Sonnenmann-Göring. "Gdyby powiesili Hermanna, przestałabym wierzyć w Boga" - miała powiedzieć po ostatnim widzeniu z byłym marszałkiem - była szwedzka aktorka...

2. Rudolf Hess

 

 

 

Hess zeznaje przed Brytyjskimi oficerami. Ten protokół do dziś nie został ujawniony...

3. Joachim von Ribbentrop

 

 

 

Tej nocy los Polski został przypieczętowany...

 

4. Wilhelm Keitel

 

Generalfeldmarschall

Keitel, Göring i Bormann - wierne cienie Hitlera...

Kapitulacja

Jako świadek zeznaje feldmarszałek Gerd von Rundstedt

 

 

 

Po egzekucji...

5. Ernst Kaltenbrunner

Jego pojawienie się na ławie oskarżonych, było dla wielu obserwatorów sporym zaskoczeniem. Po prostu nikt go nie znał, nikt wcześniej o nim nie słyszał. Podczas gdy nazwiska Göringa, Ribbentropa, Hessa czy Franka w czasie całej wojny nie schodziły z nagłówków gazet, Kaltenbrunner był "szarą eminencją" aparatu policyjnego, z rzadka pokazującym się funkcjonariuszem SD.

Urodzony w 1904 roku, "karierę polityczną" rozpoczął w 1932, wstępując w szeregi austriackich odłamów NSDAP i SS.

Uczestniczył w nieudanym puczu 1934, podczas którego bojówki nazistowskie zastrzeliły austriackiego kanclerza Dollfussa. Aresztowany i po krótkim pobycie w więzieniu zwolniony. Wraz z Seyss-Inquartem brał udział w Anschlussie Austrii.

W marcu 1938 mianowany sekretarzem stanu d/s bezpieczeństwa. Kilka godzin po aneksji witał na wiedeńskim lotnisku Himmlera meldując mu, że "oddziały SS Marchii Wschodniej czekają na jego dalsze rozkazy". Od tego czasu pełnił kierownicze funkcje w aparacie SS na terenie Austrii, przemianowanej przez Hitlera na prowincję "Ostmark". Początkowo jako SS-Brigadeführer, a następnie jako SS-Gruppenführer był od lipca 1941 Wyższym Dowódcą SS i Policji w Wiedniu.

Z zawodu - prawnik. Z wyglądu - zbir. Wkrótce po Anschlussie robi błyskotliwą karierę pod skrzydłami Himmlera. Pracuje w aparacie SS, Gestapo i policji bezpieczeństwa. Na terenie prowincji Ostmark rozprawia się z przeciwnikami politycznymi. W uznaniu zasług wchodzi w skład szefostwa kierowanej przez Reinharda Heydricha służby wywiadowczej Reichsführera SS - Sicherheitsdienst [SD]. Po śmierci Heydricha [4.VI.1942], Heinrich Himmler właśnie jemu, choć z dużym opóźnieniem, powierza kierowanie RSHA [Reichssicherheitshauptamt].

30 stycznia 1943, już w stopniu SS-Obergruppenführera, obejmuje szefostwo Głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy i równocześnie zostaje dowódcą Sipo i SD.

Gdy rozpoczął się proces norymberski, Kaltenbrunner leżał w szpitalu więziennym, chory na zapalenie opon mózgowych. Po krótkim pobycie na sali sądowej wrócił jeszcze raz do szpitala. Nadal, biedak, słabował...

Jego pojawienie się na sali było - na krótko - jedną z sensacji procesu.

On tu reprezentował Himmlera, on był reprezentantem całej maszynerii dzikiego terroru. To on wydawał i podpisywał rozkazy decydujące o śmierci już nie dziesiątków, czy nawet setek tysięcy, ale milionów ludzi.

Gdy po raz pierwszy pojawił się w Trybunale, około 6 tygodni po rozpoczęciu procesu, na ławie oskarżonych zapanowała nieukrywana konsternacja. Wszyscy wyraźnie unikali kontaktu z tak kompromitującym współtowarzyszem władzy. Jego najbliżsi sąsiedzi - Keitel i Rosenberg - w ogóle nie reagowali na próby nawiązania rozmowy. Inni patrzyli w drugą stronę, by nie narażać się na konieczność powitania. Göring był wyraźnie zirytowany zainteresowaniem fotoreporterów i dziennikarzy osobą szefa RSHA. Na krótką chwilę przestał być głównym ośrodkiem ich uwagi. Z niechęcią patrzył na odrażającą fizjonomię Kaltenbrunnera i zapytał lekarza więziennego:

- Czy doktorzy uważają "tego" za zdrowego człowieka?

- Dostatecznie zdrowy, by być sądzonym - zabrzmiała odpowiedź.

- Jeśli on jest zdrowy, to ja jestem bogiem greckim - oświadczył Göring.

Gdyby nie takie oto zdjęcia, oskarżony Kaltenbrunner zapewne wypierałby się znajomości z Himmlerem...

Jego współpracownicy tak go opisywali:

"Był wysokiego wzrostu [...] Jego małe, świdrujące brązowe oczka były nieprzyjemne; spoglądał nimi przenikliwie, jak żmija, która chce zahipnotyzować swoją ofiarę. Miał małe ręce, podobne do dłoni starego goryla, palce u rąk miał stale pożółcone nikotyną, dużo pił. Na twarzy miał kilka głębokich szram od floretu - ślady pojedynków burszów niemieckich".

Kaltenbrunner, któremu dano do przeczytania akt oskarżenia, napisał na jego marginesie:

"Nie czuję się winnym żadnych zbrodni wojennych. Wykonywałem jedynie swój obowiązek jako organ wywiadu i odmawiam występowania jako namiastka [Ersatz] Himmlera".

Był więc fachowcem od "brudnej roboty", od którego odwrócili się wszyscy współoskarżeni kompani. W czasie procesu dał zupełnie niewiarygodne widowisko, wprawiając wszystkich w osłupienie. Zaprzeczał mianowicie wszystkiemu - od początku do końca.

Twierdził, że nie wiedział o niczym: ani o terrorze, ani o egzekucjach, ani o obozach zagłady, ani o "akcjach specjalnych" wykonywanych przez Einsatzgruppe na Wschodzie.

Szef wywiadu SS nie wiedział o niczym :)

Himmler i Kaltenbrunner z wizytą w KL Sachsenhausen...

"Owszem - oporni robotnicy cudzoziemscy byli czasami umieszczani w poprawczych obozach pracy". Nic więcej. Gdy do jego uszu "doszły jakieś wieści", protestował wobec Himmlera przeciw "nadużyciom".

- Byłem przecież prawnikiem - dorzucił w formie wyjaśnienia.

Badany przez prokuratorów, wypierał się jakiegokolwiek rozkazu, jakiegokolwiek udziału w zorganizowanej maszynie mordu, którą przez ponad 2 lata kierował. Zaprezentowano mu fotografie z jego pobytu w obozach koncentracyjnych wraz z zeznaniami stwierdzającymi, że w Mauthausen przy tak "uroczystej okazji" zorganizowano na cześć dostojnego gościa pokazowe egzekucje we wszystkich stosowanych tam formach: powieszenie, biczowanie, gazowanie i strzał w potylicę...

Kaltenbrunner z kamienną twarzą i tłumioną pasją w głosie oświadczył, że zaprezentowane zdjęcia muszą być fotomontażem i że on nigdy w tym obozie nie był. Po zeznaniach podległego mu dawniej komendanta obozu KL Auschwitz Rudolfa Hössa, który stwierdził, że wielokrotnie omawiał ze swoim szefem szczegóły akcji eksterminacyjnych i dostawał od niego rozkazy, Kaltenbrunner oświadczył, iż wszystkie te zeznania są od początku do końca kłamstwem.

Gdy Trybunałowi zaprezentowano oryginalne rozkazy podpisane jego nazwiskiem - oświadczył, że prawdopodobnie nadużyto pieczęci służbowej z facsimile jego podpisu. Przy innych dokumentach upierał się aby wykonać ekspertyzę grafologiczną. Twierdził, że wszystkie podpisy są sfałszowane.

Coraz mocniej przyciskany do muru, czując widać, że nikt nie uwierzy w tak fantastyczne kłamstwa, krzyknął wreszcie z ławy oskarżonych, stukając pięścią w pulpit:

"Oświadczam pod przysięgą, że w życiu nie podpisałem ani jednego wyroku, że nie jestem winien ani jednej śmierci!"

Tego już było za wiele nawet dla współoskarżonych...

Wprawdzie i oni, w większości, stosowali te same chwyty, mówili o swojej niewiedzy i nieświadomości, o protestach, o tym, że nie byli odpowiedzialni za żaden akt gwałtu i terroru, ale każdy z nich uważał się oczywiście za kogoś całkiem innego niż ten oto urzędowy opryszek, który całą swą karierę zrobił w aparacie przemocy i masowego mordu i w ogóle niczym innym się nie zajmował.

Być może zresztą, wielu oskarżonych oburzało się teraz na Kaltenbrunnera za podobny system obrony właśnie dlatego, że czuli jak bardzo Kaltenbrunner osłabia samą właśnie metodę. Jak ją sprowadza niejako do absurdu...

Gdy podczas przerwy obiadowej zeznania Kaltenbrunnera komentowali współoskarżeni, Hans Frank powiedział z dobrze odmierzoną goryczą:

"No, cóż, wydaje się, że ja jeden na tej ławie jestem za coś odpowiedzialny. Wszyscy są tacy niewinni"...

Fritzsche rzeczowo stwierdził, że obrońca powinien swemu klientowi zwrócić uwagę na wręcz absurdalną formę obrony:

"Któż na miłość boską, uwierzy, że ten człowiek nic nie wiedział o niczym!"

Jednak Kaltenbrunner do końca chciał uchodzić jedynie za "speca od wywiadu". O niczym nie wiedział, nic nie widział, nic nie słyszał... Kolejne dokumenty ujawnione przed Trybunałem nie pozostawiły cienia złudzeń. Zapewne, po obciążających go zeznaniach Otto Ohlendorfa, szefa Einsatzgruppe D, bijącej rekordy w ilościach rozstrzelanych ludzi na Wschodzie, Kaltenbrunner poczuł zaciskający się wokół szyi stryczek...

6. Alfred Rosenberg

Naczelny ideolog NSDAP.

 

7. Hans Frank

Doktor prawa. Tuż po studiach rozpoczął "karierę polityczną", w 1923 biorąc udział w nieudanym puczu monachijskim. Dał się poznać jako gorliwy nazista, gdy bronił SA-manów w procesach, które toczyły się jeszcze przed dojściem Hitlera do władzy. Wówczas zwrócił na siebie uwagę Führera i od 1927 był głównym prawnikiem NSDAP.

Lata trzydzieste. Hans Frank w mundurze NSDAP.

Kolejne lata są przykładem klasycznego w NSDAP "marszu w górę": od 1930 jest posłem do Reichstagu, w 1933 zostaje ministrem sprawiedliwości Bawarii, następnie III Rzeszy, w latach 1934-1941 jest prezesem Akademii Prawa Niemieckiego.

W październiku 1939, z nominacji Adolfa Hitlera, zostaje generalnym gubernatorem części podbitych ziem polskich. Funkcję tę pełni do swojej ucieczki z Krakowa, która nastąpiła w styczniu 1945 roku. Przez wszystkie te lata mieszka i pracuje na Wawelu. Podbitą Polskę traktuje jak własne królestwo, w którym Polacy, pozbawieni wszelkich praw, są jedynie niewolnikami.

Znaczek z Generalnej Guberni.

W sporach kompetencyjnych stale ściera się z przedstawicielem Himmlera w GG: SS-Obergruppenführerem Friedrichem Wilhelmem Krügerem, Wyższym Dowódcą SS i Policji "Wschód". Wprowadza drakońskie kary za wszelkie wykroczenia na terenie GG. W "sądach doraźnych" praktycznie orzekane są jedynie kary śmierci lub bezterminowe zsyłki do obozów koncentracyjnych. Dr prawa Hans Frank, nie widzi potrzeby udziału  obrońców w rozprawach przeciwko Polakom. Rozprawy te są czystą fikcją i faktycznie polegają jedynie na "hurtowym" podpisywaniu wyroków śmierci. Prawo wprowadzone przez Franka nie ma precedensu w podbitej Europie.

Od pierwszej chwili swoich rządów postanowił stworzyć dla potomności "historyczny dokument" swej działalności na stanowisku tak kluczowym dla niemieckiej ekspansji na Wschód. Polecił swoim urzędnikom i sekretarzom zapisywać wszelkie swe wystąpienia, nie tylko publiczne, ale i te, które miały miejsce w gronie tzw. rządu GG, na poufnych naradach aktywu NSDAP, na naradach z przedstawicielami Rzeszy, z szefami policji itd. Tworzony dzień po dniu, tom po tomie, "Dziennik Franka" zawierał też teksty mów, wycinki prasowe, relacje z rozmów z Hitlerem, luźne notatki i wiele "złotych myśli" generalnego gubernatora.

Z podziwu godną skrupulatnością zbierano tę dokumentację aż do ostatniego dnia, aż do chwili ucieczki Hansa Franka z Krakowa po rozpoczęciu wielkiej ofensywy zimowej w styczniu 1945.

Całość pięknie i starannie oprawiono w duże tomy. Zebrało się ich 38. Pięciu ostatnich, obejmujących rok 1944, nie zdążono już oprawić. Widocznie introligator wzywany był tylko raz do roku.

Norymberska cela niczym nie przypominała wawelskich komnat.

Zmieniła się też lektura byłego gubernatora.

W celi zaczął intensywnie studiować Pismo Święte...

38 tomów obejmuje 11.000 stron maszynopisu. Według późniejszych zeznań Franka było ich faktycznie 43. Nie wiadomo, gdzie zaginęło 5 tomów, ale te które wywiózł na Zachód i przekazał aliantom, w pełni dokumentują ogrom jego zbrodni. Frank dyktując przez ponad 5 lat "dzieło swego życia", zamierzał zbudować sobie swoisty "pomnik dla potomności", myśląc oczywiście o przyszłych pokoleniach zwycięskich Niemców, panujących wszechwładnie nad podbitą Europą. Stało się inaczej. "Dziennik Franka" miał kapitalne znaczenie dla całości oskarżenia przed Trybunałem norymberskim. Trudno było znaleźć inny dokument, który by w tak szczególnej formie dawał nie tylko masę faktów, informacji i szczegółów, ale pozwalał także zajrzeć za mroczne i czasem wręcz dla zdrowego umysłu niepojęte kulisy działania hitlerowskiej maszyny NSDAP i terroru państwowego.

Początkowo, przesłuchiwany przez swego obrońcę dr Seidla, Hans Frank usiłował wmówić oskarżycielom, że Generalne Gubernatorstwo pod jego rządami, było "krainą mlekiem i miodem płynącą". Przedstawiał siebie jako obrońcę Polaków przed zapędami SS... Usiłował przekonać Trybunał, że w latach 40-tych na terenie GG miał miejsce... rozkwit gospodarczy! Ostatecznie pogrążył go jego własny "Dziennik". Ludność polska zapłaciła bardzo wysoką cenę za "opiekę" Franka. Spośród 6 milionów Polaków, którzy stracili życie w czasie II Wojny Światowej, 4 miliony to właśnie "obywatele GG".

W drodze na salę rozpraw.

Gubernator zeznaje...

 

Frank po aresztowaniu, w celi więziennej, nawrócił się na katolicyzm i w ostentacyjny sposób manifestował swą nabożność. Zaskoczył pozostałych współoskarżonych, gdy na pytanie dr Seidla jaki był jego udział w wydarzeniach w Polsce po 1939, odpowiedział:

"Chcę ponieść odpowiedzialność za wszystko. Kiedy 30 kwietnia 1945 roku Adolf Hitler zakończył życie, postanowiłem, że nie będę uchylał się od odpowiedzialności, ale poniosę ją, przed światem niczego nie tając i nie zasłaniając się niczym. Nie zniszczyłem 43 tomów moich pamiętników, które opisują te wydarzenia i mój udział w nich, lecz z własnej woli wręczyłem je amerykańskiemu oficerowi, który mnie aresztował".

Następnie oświadczył:

"Tysiąc lat przeminie, zanim zatarta zostanie ta wina Niemiec".

Dziennikarze robili gorączkowe notatki, machali zapisanymi kartkami, po które przybiegali gońcy. To oświadczenie w Norymberdze było sensacją dnia i już nazajutrz pojawiło się w nagłówkach światowych gazet jako wytłuszczony tytuł. Mniej zachwycony był obrońca dr Seidl, któremu te efekty ze skruchą nie ułatwiły obrony. Miał i tak niełatwe zadanie wobec olbrzymiego materiału obciążającego, zawartego w 38 tomach "Dziennika". Gdy prokurator zaczął w swoim czasie cytować z "Dziennika" fragmenty przemówień i oświadczeń Franka, dr Seidl z rozpaczą złapał się za głowę i zawołał:

"Um Gotteswillen. Der Man hat doch vier Jahre lang geredet" [Na miłość Boską. Przecież ten człowiek gadał przez całe cztery lata].

Przesłuchanie Franka przez oskarżycieli trwało najkrócej z dotychczasowych. Podczas gdy inni oskarżeni zeznawali po kilka dni - Frank zeznawał jedynie 5 godzin. Nie mógł, jak inni, zasłaniać się swoją niewiedzą, nie mógł spychać winy na innych. 11 tysięcy stron maszynopisu w "Dzienniku", było właściwie jednym długim zeznaniem... Oskarżyciele rezygnowali z zadawania dalszych, przygotowanych wcześniej pytań.

16 X 1946. Po egzekucji...

Zgromadzony materiał, wystarczył, jak mówili, do wydania wyroku skazującego na dziesięciu oskarżonych, a nie na jednego...

8. Wilhelm Frick

9. Julius Streicher

 

 

10. Walther Funk

11. Hjalmar Schacht

12. Karl Dönitz

 

Wielki admirał...

Oskarżony Nr 12...

13. Erich Reader

14. Baldur von Schirach

 

 
 

15. Franz Sauckel

16. Alfred Jodl

 

 

 

 

17. Franz von Papen

18. Arthur Seyss-Inquart

19. Albert Speer

20. Konstantin von Neurath

21. Hans Fritzsche

Wyrok Międzynarodowego Trybunału Wojskowego:

Na karę śmierci skazano dwunastu oskarżonych:

 

Martin Bormann [sądzony zaocznie]

Hans Frank

Wilhelm Frick

Hermann Göring

Alfred Jodl

Ernst Kaltenbrunner

Wilhelm Keitel

Joachim von Ribbentrop

Alfred Rosenberg

Franz Sauckel

Arthur Seyss-Inquart

Julius Streicher

 

Na dożywotnie więzienie skazano trzech:

 

Walther Funk - zwolniony w maju 1957 "ze względu na stan zdrowia".

Rudolf Hess - w 1987 popełnił samobójstwo w Spandau, miał 93 lata.

Erich Reader - zwolniony jesienią 1955 "ze względu na podeszły wiek" [82 lata].

 

Na długoletnie więzienie skazano czterech oskarżonych:

 

Karl Dönitz - 10 lat więzienia

Konstantin von Neurath - 15 lat więzienia

Baldur von Schirach - 20 lat więzienia

Albert Speer - 20 lat więzienia

 

Trzech oskarżonych uniewinniono:

 

Hans Fritzsche

Franz von Papen

Hjalmar Schacht

 

Ponadto za organizacje o charakterze przestępczym uznano: kierownictwo NSDAP, SS [za wyjątkiem SS-Reiterei], Gestapo i SD.

Egzekucje na skazanych przeprowadzono w nocy z 15/16 X 1946. "Mistrzem ceremonii" był zawodowy kat amerykański sierż. John C. Wood. Następnie ciała straconych przewieziono na teren byłego obozu KL Dachau koło Monachium. Tam spalono je w krematorium, po czym rozsypano nad jedną z niemieckich rzek. W późniejszych latach, obrotny sierż. Wood, dorabiał do emerytury sprzedając "pamiątkowe kawałki stryczka", na którym rzekomo wieszał w Norymberdze.

Złośliwi twierdzą, że gdyby połączyć te fragmenty w całość, można by nimi kilka razy opasać kulę ziemską...

Jak widać Amerykanie "biznes" mają w genach, ale to już zupełnie inna historia :)