Żegnaj, Maniuś, żegnaj!
"Gazeta Wyborcza. Duży Format"
Katarzyna Bielas 25-04-2006
Widząc to, co się wydaje na tematy obozowe, nie śmiałem
pisać o Auschwitz, bo zapamiętałem co innego - erotykę, okrucieństwo i
miłosierdzie. Rozmowa z pisarzem Marianem Pankowskim
Tyle Pan w życiu napisał, a odkrywa się Pana w Polsce za
sprawą "Rudolfa", powieści sprzed ćwierć wieku o tematyce homoseksualnej.
Książkę tę wyniósł ruch emancypacyjny gejów. To pomaga, ale od razu
szufladkuje. Nie denerwuje to Pana?
Ależ skąd! Ja się bardzo cieszę.
Gdybym był wierzący, tobym powiedział, że to znak Boży, że właśnie
"Rudolf", czyli moja ścieżka marginesowa, którą wiele lat temu z ogromną
ciekawością wybrałem i podążałem nią cały czas obok mej dróżki
kulturalnej, że właśnie ta ścieżka zaowocowała. Jest to moją ogromną,
przekorną radością.
Trzy moje książki: "Matuga idzie", "Rudolf" i "Od Auszwicu do Belsen", to
wybryki wobec współczesnej im polskiej literatury, książki wywrotowe.
Dlaczego najwcześniejsza z nich, "proza eksperymentalna" "Matuga idzie"
(1959) - o wyobcowanym emigrancie z Kartoflanii - ma dedykację: "Maniusiowi
Pankowskiemu, autorowi lirycznych wierszy, poświęcam"?
Przed "Matugą" pisałem wiersze, wydawałem tomiki, byłem tradycyjnym poetą
polskim. Kiedy jednak po trzech latach obozów, w 1945 roku, osiedliłem się
na stałe w Brukseli, zapragnąłem pisać inaczej. Miał tu wpływ Michel de
Ghelderode, którego dramaty pełne zakazanych miłości tłumaczyłem dla
"Kultury" paryskiej.
Zapragnąłem napisać wielką, wspaniałą, zmysłową książkę, jakiej jeszcze
nie było, a dzięki niej wybić się i wyzwolić z wielu ograniczeń.
Pomyślałem: "Znam ludzi, wiem, co to zmysły, stać mnie na to".
Maniuś to jednak nie tylko poeta.
A kto? Podobno nawet w transporcie do Auschwitz układał Pan wiersze
miłosne.
Dla Anny, mojej miłości z rodzinnego Sanoka, której zadedykowałem pierwszy
tomik.
Prawda jest jednak taka, że w marcu 1942 roku gestapo aresztowało
młodzieńca, który był zakochany, pisał wiersze, ale nie znał ciała
kobiety, nie wiedział, że ma ona w ogóle piersi czy pośladki. Dla niego
miała tylko piękne oczy, w których był zatopiony. Wyobraźnię miał
opanowaną religią, tradycją i nieśmiałością chłopca, który, jak sądzę, był
opóźniony w swoim męskim rozwoju.
Trzy lata obozów...
Tylko to pogłębiły, to był regres emocjonalny i pozostanie przy seksualnej
maniusiowatości. Wcześniej w Sanoku, w wojsku, w więzieniu nie żyłem
normalnym życiem młodego człowieka. W obozach, przebywając wśród mężczyzn,
przypatrywałem się już tylko miłości homoseksualnej.
Pisze Pan o tym w dramacie "Teatrowanie nad świętym barszczem" (1967).
Trochę nietypowe te miłości - niemiecki kapo i Polak nastolatek.
"Pipel", tak się takiego chłopca nazywało. Rosjanin albo Polak, który był
na usługi blokowego, na ogół bandyty, kryminalisty. Chłopak czyścił mu
buty, prał bieliznę i był jego kochankiem. Opiekun troszczył się o niego,
dokarmiał. Napatrzyłem się w obozach na takie pary.
Ale nie tylko takie związki mam na myśli.
To była ciągła pokusa. Brakowało nam bliskości, dotyku, pieszczoty. Nas
było w grupie pięciu chłopaków, szósty był uroczym, pięknym studentem
medycyny i my wszyscy koło niego tańczyliśmy, pomagaliśmy mu. Uważam, że
podkochiwaliśmy się w nim.
Pana koledzy też tak myśleli? Mówił Pan kiedyś, że mężczyźni aż
przesadzali z dystansem wobec siebie.
Nie wiem, może nie akceptowali tego aż tak jak ja, bo nie mieli takiej jak
ja zmysłowości. Myślę jednak, że wszyscy, którzy żartowaliśmy sobie na ten
temat, robiliśmy to trochę obłudnie, powstrzymywaliśmy się od dotyku, żeby
nas nie wzięto za homoseksualistów.
W "Matudze" pojawiają się wspomnienia z obozów i pytanie,
jak opisać "dno świata". Ale skupił się Pan na tym temacie dopiero po
kilkudziesięciu latach.
Wcześniej, widząc to, co się wydaje na tematy obozowe, nie śmiałem pisać o
Auschwitz, bo zapamiętałem co innego - erotykę, okrucieństwo i
miłosierdzie, ale żadnego patriotyzmu. Miałem pisać, jak dwóch kapów -
niemieckich bandytów - martwi się, że "pipel" - kochanek jednego z nich -
ma kłopoty z brzuszkiem?
Albo jak w niedzielę deszcz pada, leżymy na kojach i nagle słyszę:
"Chłopaki, kto kupi złoto?". Patrzę, mężczyzna w pasiaku ma otwartą garść
pełną żydowskiego złota. Przyglądam się uważniej i rozpoznaję wielkiego
bramkarza polskiej drużyny narodowej Martynę. On z tym złotem nie miał nic
wspólnego. Ktoś mu tam je podsunął, bo to był towar, chciał mieć na chleb
czy margarynę.
Bałem się takie rzeczy pisać.
Co w końcu, po 55 latach, skłoniło Pana do napisania "Z Auszwicu do
Belsen" (2000)?
Miałem dość błaznowania, przebierania się moich znajomych Belgów w mundury
kacetowe i szlochania w telewizji, pozowania na bohaterów.
Przez lata do szału doprowadzał mnie manichejski obraz obozowego świata.
Nie było w nim nic ludzkiego.
Uświadomiłem sobie też, że nikt oprócz najbliższych nie wie nawet, że
byłem w Auschwitz. Im też prawie nic nie opowiadałem, zresztą nikt, nawet
córka, nie pytał.
Wolałby Pan, żeby pytali?
Subtelna sprawa. Przypuszczalnie tak, bo we mnie, jak w każdym artyście,
jest trochę z ekshibicjonisty, tego artystostwa, że właściwie można by
trochę poparadować.
Choć są sprawy, których nigdy nie poruszę.
Co Pan ma na myśli?
To, jak pewnego marcowego dnia aresztowano mnie, a potem były tygodnie na
gestapo w Sanoku. To był najboleśniejszy, najokrutniejszy, najbardziej
poniżający okres. Trudno, żebym się tym chwalił czy był dumny.
Nie chodzi o chwalenie się. Sam Pan zaczął. Co Pan tak macha ręką?
Czy mamy prawo oczekiwać od zgwałconej dziewczyny opowiadania szczegółów
gwałtu? Uważam, że są sprawy, gdzie wstyd i wspomnienie bolesnych czy
tragicznych momentów są za silne, żeby móc to językiem inteligenckim
zobiektywizować.
Po prostu wstrzymuję się od powtórnego cierpienia.
Nie ma żadnego moralnego obowiązku, żeby artysta napisał wszystko to,
czego oczekują czytelnicy.
Dlaczego obu książkom dał Pan podtytuł "przygody"?
Bo Pankowskiego "Matuga" to "przygody", a nie "losy młodego patrioty na
Zachodzie", chociaż to są losy młodego patrioty na Zachodzie. Tak samo "Z
Auszwicu do Belsen" to są wstrząsające przygody, chociaż on sam nie
nadstawia bolącego ciała.
Tak naprawdę uważam, że jeśli ktoś przeżył obóz, to tylko dzięki wyjątkowo
sprzyjającym warunkom. Aby przeżyć, nie trzeba było się sprzedawać,
wystarczyło, tak jak ja, otrzymywać drugą miskę zupy.
Od kogo?
Od kolegi mojego brata. Leczył zęby esesmanom, więc jadł ich obiady. Miał
pasiak z wcięciem uszyty przez krawca i piękną okrągłą czapkę z denkiem,
którą zsuwał na bok.
Uważam, że do Auschwitz los, historia czy dobry Pan Bóg wpakował nas
wszystkich razem - Polaków, Żydów, esesmanów - po to, żebyśmy się wspólnie
moralnie nikczemnili. To był wspólny los Ziemian.
Jedni byli sługusami, nędznikami błagającymi o życie, a drudzy katami, co
raz darują, a raz nie, nie wiadomo dlaczego.
Kiedy opuszczaliśmy Gross-Rosen przed nadciągającą Armią Czerwoną, w nocy,
w śniegu, w brei, ludzie padali ze zmęczenia. Podnoszę chłopaka przede
mną, on znowu się wywraca, znowu go podnoszę, idziemy i nagle słyszę
esesmana: - Oszalałeś, jeszcze sto metrów i ty z nim się wywrócisz, zostaw
go. Ale ja go dalej trzymam, idziemy, a on, biedak, mówi: - Słyszałeś, co
ci powiedział, zostaw mnie.
Zostawiam, za chwilę słyszę strzał. Nie miałem nawet siły się odwrócić.
Ten esesman uratował mnie, gdybym upadł, musiałby nas obu zastrzelić.
Dlaczego?
Każdy coś innego zapamiętuje. Może po to los tak mi się ułożył, żeby
takie, a nie inne momenty zauważać, zapisać. To nie jest tylko literatura,
to jest jakieś świadczenie - komu, o kim, przeciw komu, za kim? Nie wiem.
Ale wiem, że jestem kłopotliwym byłym więźniem obozu koncentracyjnego. Nie
nadaję się na obchody w Auschwitz.
To są sprawy złożone, mało wymierne, tak jak życie w Polsce Ludowej.
Skoro już przy tym jesteśmy... Nie pozwala Pan nazywać siebie "pisarzem
emigracyjnym", trudno też traktować Pana jako literata PRL-u. Dlaczego
właściwie ucięły się Pana kontakty z paryską "Kulturą"?
"Kultura" usunęła mnie, ponieważ jeździłem do Polski i było to źle
widziane.
Byłem współpracownikiem "Kultury" od 1953 roku, przyjeżdżałem do
Maisons-Laffi-tte co miesiąc i w kuchni, przy kawie, w rodzinnej
atmosferze dyskutowaliśmy, co i jak, Miłosz, Jeleński itd. Otrzymywałem
książki do recenzji, odpisywałem pisarzom na papierze "Kultury", czy ich
drukujemy. Ufano mi.
W 1958 roku, już jako obywatel belgijski, pojechałem, na zaproszenie
rodziny, po raz pierwszy do Polski. Wróciłem, opowiedziałem nie to, czego
się spodziewano, i nastąpiło zerwanie.
Czyli co?
W Polsce Ludowej zobaczyłem dostępną wszystkim kulturę, którą się
zachwyciłem. I przywiozłem z sobą ten zachwyt.
Wychowałem się w Sanoku, w lewicowym, bardzo biednym domu. Ojciec
pochodził z wioski Proszowice, w Krakowie otrzymał tytuł mistrza
ślusarskiego i przyjechał do Sanoka pracować w fabryce wagonów. Tam poznał
mamę, Marię Zielińską. Należał do PPS-u.
Przed wojną moją największą opresją było ubóstwo. Ubóstwo to znaczy nie
mieć 20 groszy, żeby kupić koleżance loda, stać przed kinem, udając, że
się na kogoś czeka, a tak naprawdę marzyć, żeby ktoś mnie zaprosił, co
nigdy się nie stało. Mieć buty z taką dziurą w zelówce, że kiedy szedłem
do tablicy na egzaminie do gimnazjum, o tę dziurę zahaczyła drzazga w
podłodze i nie mogłem się ruszyć, profesor musiał czekać. Polonista
zapłacił za mnie czesne, żebym mógł dalej się uczyć.
Nigdy nie kupiłem sobie książki, bo nie było mnie stać. Dlatego, kiedy
nastała Polska Ludowa, ucieszyłem się.
Kiedy w Belgii oglądałem w kronice filmowej, jak polscy murarze szybko
odbudowują Warszawę, byłem zachwycony, brałem wszystko wprost.
Kiedy pojechałem, nie przeżyłem rozczarowania. Moja marszruta warszawska
to były - uniwersytet, księgarnie, teatry, wydawnictwa, wizyty u
przyjaciół, rodziny.
Byłem urzeczony tanią książką, przepełnionymi teatrami,
dostępem dzieci z ubogich rodzin do szkół. I tym, że sam mogę w tym
uczestniczyć. Nie znałem jeszcze kantów, dla mnie to był całkiem nowy
świat.
Pamiętam, jak kiedyś - to było później - byłem w teatrze, gdzie miało
odbyć się przedstawienie dla dzieci, i nagle stanąłem, jak ja to mówię, po
pas w dzieciach polskich.
Pomyślałem sobie wtedy: - Tu mogło nie być Polski, tu mógł być kartofel
dla Niemców albo jeszcze jedna radziecka obłast', a jest Polska. Byłem
szczęśliwy.
Nie interesowała Pana polityka?
Ze smutkiem stwierdzam, że nie. W latach 50., 60. byłem zapraszany
oficjalnie na Warszawską Jesień Poezji, co było dla mnie jako pisarza - i
prowincjusza sanockiego - ogromnym szczęściem. Wydano mi tomik "Sto mil
przed brzegiem", w Belgii zapraszano do ambasady. Zdawałem sobie sprawę,
że są to gesty polityczne, ale ja byłem zaangażowany czysto literacko, nie
wygłosiłem ani jednej politycznej wypowiedzi.
Jak odbyło się rozstanie z "Kulturą"?
Wracam i jadę do Paryża. Jest Miłosz, Czapski, Jeleński, Giedroyc
oczywiście. "No i jak?" - pytają. A ja, że w Polsce książkę można kupić za
bezcen i że teatry są tak przepełnione, że trzeba czekać miesiącami na
bilety. Przywiozłem wizję zachwyconego, naiwnego chłopca z prowincji, w
której - przyznaję - nie było wiele miejsca na jęki bitych w więzieniach
AK-owców.
Opowiedziałem też oczywiście wszystko inne - o rewizji moich rzeczy w
hotelu, o spotkaniu z endecją, o Żydach.
Co o Żydach?
Kiedy przyjechałem do Sanoka, mama mówi: "Idź, dziecko, do miasta, przejdź
się sam, pooglądaj sobie". Wracam, mama pyta: "No i jak miasto?". A ja:
"Mamusiu, w ogóle nie ma Żydów w Sanoku!".
To był naprawdę szok. Na rynku tylko dwa domy były nieżydowskie - kościół
Franciszkanów i magistrat, wszystko inne to były sklepy żydowskie Weniga,
Roznerki, Salika. Ja się z tymi ludźmi, z ich dziećmi znałem,
przyjaźniłem, tak samo jak z wieloma Ukraińcami. I nagle ich w ogóle nie
ma. Żydów sanockich było ok. 5 tysięcy, tylko dwóch żyje, jeden w
Antwerpii, drugi w Izraelu.
Dwa dni potem jestem zaproszony do państwa S., elegancka rodzina, pan ma
krakowskie doktoraty, zaproszono mnie, bo jestem z uniwersytetu z Belgii,
przed wojną jako syna rodziny robotniczej nawet mnie nie zauważano.
Podwieczorek, ciastko, herbatka.
"Panie profesorze...". Mówię, że jestem przed doktoratem. "No tak, tak,
ale jak pan nasze miasto znalazł?". A ja mówię to, co mamie: "W ogóle nie
ma Żydów".
"Prawda, nie ma Żydów!" - on na to z radością. Ja: "To znaczy Hitler
zrobił dobrą robotę, tak?". A on: "No tak. Higiena, wyczyścił".
Ja na to: "To ciastko nagle stało mi się strasznie gorzkie. Nie skończę
go. Do widzenia". I wyszedłem.
Następnego dnia przepraszają, do mamy posyłają, że to nieporozumienie, pan
profesor nie zrozumiał intencji. A ja mówię: "Nie, skurwysyn cieszył się".
Opisałem to jeszcze w "Kulturze".
No to co Panu wtedy koledzy z "Kultury" powiedzieli?
Nic nie powiedzieli, to była pogawędka. Znali mnie przecież jako łatwego
entuzjastę. Nie było żadnego bilansu tego spotkania, po prostu nastąpiła
cisza i koniec współpracy. Zorientowałem się, kiedy przestała przychodzić
do mnie prenumerata. Nawet nie sprawdzili, że była przeze mnie opłacona do
końca roku, bo nie chciałem korzystać z gratisów.
Maria Danilewicz-Zielińska w swojej książce o literaturze emigracyjnej
pisze, że w "Kulturze" nazwisko Pankowskiego stało się tabu.
Co Pan wtedy pomyślał?
Że szczerość ma swoje granice i że zarysowałem gładką powierzchnię ich
szklanego domu, jakim była ich wizja emigracyjna.
Zdałem też sobie wtedy sprawę, że nie jestem emigrantem, tylko Polakiem
żyjącym na obczyźnie, bo żeby być emigrantem, musiałbym odnosić się wrogo
do rzeczywistości polskiej, czego nie czynię, bo tam chcę bywać. Korzystam
z takich czy innych przywilejów Polaka, który może wrócić do swego kraju,
mówić po polsku, żyć literaturą. Emigracyjność była postawą agresywną
wobec tamtej rzeczywistości.
"Kultura" lubiła Maniusia Pankowskiego, swojego przedstawiciela w
Brukseli, a tu on, niegrzeczny, pokumał się z komuchami.
Może tu trochę inny Maniuś się kłania.
Dobrze, można powiedzieć, że byłem naiwny. W literaturze nie byłem
Maniusiem, a w polityce byłem, tak samo jak w życiu. Ta maniusiowatość
chyba mnie charakteryzuje. Zachłystuję się wrażeniami, zanim aparat
krytyczny wejdzie w ruch, istnieje we mnie jakieś opóźnienie
przenikliwości intelektualnej, a tym bardziej ideologicznej.
W ogóle przeżywam politykę emocjonalnie. Głosuję na Zielonych, bo oni
jedni wiedzą, że nasza planeta jest zatruta, i jeszcze nie nauczyli się
kantowania.
Opowiem coś, co wywoła uśmiech. W 1939 roku zostałem powołany do wojska na
sześciotygodniowe ćwiczenia, ale wybuchła wojna i zostałem w pułku.
Mieliśmy bronić linii koło Tarnowa. Biegniemy tyralierą rozsypani w polu i
nagle słychać warkot nisko lecących samolotów niemieckich, które rzucają
małe bomby, akurat na piechotę w polu. Wszyscy padają na ziemię, a ja
stoję i patrzę w górę zachwycony: "Jak te bomby się błyszczą!". Nagle
słyszę dowódcę: "Pankowski, kładź się, zwariowałeś?!". To zagapianie się,
zachłystywanie jest u mnie czymś wrodzonym. Jestem przejęty chwilą, która
mnie urzeka.
Ale miał Pan dostęp do wszelkich informacji.
Miałem, ale nie korzystałem. Miałem dość własnego Auschwitzu, żeby jeszcze
interesować się gułagami. To też powód, dla którego długo nie chciałem o
obozach pisać.
Miałem własne guzy i własną gruźlicę. W kwietniu 1945 roku przy moim
wysokim wzroście ważyłem 50 kilogramów. Byłem szczęśliwy, że jestem wolny,
miałem własne zdrowie do ratowania.
Po obozie znalazłem się w nowej rzeczywistości, spotkałem innych ludzi,
nie tylko wyzwoleńców, ale i młodzież z AK, która nie była w kacetach jak
ja, tylko w Powstaniu Warszawskim, m.in. moją przyszłą żonę, Renię,
Żydówkę ze Lwowa, która ukrywała się w Warszawie, łączniczkę z powstania.
Ten świat zastąpił z powodzeniem wieści o łagrach, Katyniu i rządzie w
Polsce Ludowej. Miałem głowę pełną nowego życia.
W "Matudze" Pana bohater, były więzień obozów koncentracyjnych, czuje
się gorszy w towarzystwie młodych AK-owców, byłych uczestników powstania.
W 1946 roku dwaj dominikanie zajęli się kolonią polską w Belgii. Zaprosili
na sześć tygodni około stu studentów w góry francuskie Haute-Savoie. Była
tam duża owczarnia przebudowana na schronisko, wtedy napisałem "Wiersze
alpejskie".
Większość to była młodzież z Powstania Warszawskiego.
Pamiętam spacery, rozmowy i ich śpiewy powstańcze. To ich scalało w jakąś
wspólnotę, rodzinę. Była wśród nich moja przyszła żona, czułem, że wśród
tych młodych ludzi dla mnie - po kacecie - miejsca nie było. Byłem
oczywiście trochę o ich historię zazdrosny.
Mieli kilka pieśni, w których bez trudu odczytywałem naiwną dumę polskich
rycerzy - niech się dzieje, co chce, a ja na barykady, bo ciebie kocham.
Oni nie cierpieli - oni walczyli i zostali pokonani. Z całym tym
pięknosłowiem - literatura, wiersze, Baczyński, recytacje, śluby w
podziemiu, z całą liryką kiczu narodowego polskiego.
W mojej książeczce "Z Auszwicu do Belsen" cytuję śpiewy, których w obozie
nauczyli nas kryminaliści niemieccy, bandyci. Piszę, że nie Pankowski, ale
śpiewał Marian Auszwicki.
"Kultura" nie chciała "Matugi" wydać?
Nie, ale to było wcześniej, przed zerwaniem. Giedroyc powiedział: „Panie
Marianie, my każdą książkę, którą wydajemy, sprzedajemy bez trudności w
400 egzemplarzach, ale oprócz tego te książki docierają do klasztorów, do
bibliotek parafialnych. My nie możemy pana »Matugi « posłać w takie
miejsca, to znaczy nie możemy wydać”.
Chodziło oczywiście o erotykę, skatologię. To samo było
długo w Polsce. Posłałem Iwaszkiewiczowi. On: "Kochanie, takie słowa? U
nas takie sprawy?". A Jan Kott: "Proszę pana, pan pisze wbrew nurtowi
literatury".
W tej książce, w której wiele się dzieje, występuje postać profesora,
który kolekcjonuje ogłoszenia homoseksualne i napisy z publicznych toalet.
To ja je przepisywałem, a potem powierzyłem swojemu bohaterowi.
Kiedy jeździłem jeszcze do redakcji "Kultury", zatrzymywałem się na dworcu
Saint-Lazare i schodziłem do ogromnej publicznej toalety, właściwie
latryny, o ścianach pokrytych zielonym mchem, po których ściekała woda.
Była też sucha ściana, pod którą stali panowie, i tam były te napisy.
Niesłychanie śmiałe.
Zachowałem je w oryginale.
Kiedy Matuga mówi: "Panie profesorze, ja się domyślam, że pan to
naukowo zbiera", profesor na to: "Myli się pan. Ja tym żyję". Po co Pan je
przepisywał?
Przypuszczalnie dlatego, że zmysłowość w formie marginesowej, wybiegającej
poza "chłop i baba", zawsze mnie ciekawiła, korciła, kusiła. Być może u
kobiet widziałem oczy, a resztę gdzie indziej. Szczególnie że była ona na
ciągłym widoku, w rzece, w kąpieli, w wojsku, w obozie. Podczas gdy
kobiecość, kobieca seksualność, była nieobecna, zakryta.
Tak? Może rodzice Pana tak cnotliwie wychowywali?
Nie, skąd. To raczej moja natura, moja nieśmiałość, którą jeśli już miałem
po kimś, to po ojcu, człowieku niesłychanie delikatnym, małomównym,
wstydliwym, który siedział sobie w kąciku i czytał socjalistyczną prasę.
Moja maniusiowatość sanocka przeciągnęła się jeszcze na wojsko, bo gdy
inni chodzili na kurwy w Jarosławiu, ja samotnie siedziałem nad Sanem i
pisałem wiersze.
A mama? Kiedy bohater "Rudolfa" powtarza Matuli erotyczne opowieści
Niemca, ona śmieje się, że nie takie historie w ich mieście się działy.
Moja matka była jak Rabelais - pełna życia, zmysłowa, mięsista, wspaniała,
szalona. Często robiła wobec mnie aluzje erotyczne, niby mnie zachęcała,
ale była zazdrosna, lejce chciała trzymać w ręku. Pożegnanie z Maniusiem
było też odepchnięciem jej kontroli, macierzyństwa.
Mama skończyła tylko cztery klasy szkoły powszechnej, ale operowała
niesłychanym językiem. Nie przeklinała, potrafiła się jednak dosadnie
wyrażać.
I proszę sobie wyobrazić, że kiedy wysłałem jej "Matugę", napisała: "Synu,
czy ja cię uczyła takich słów?!".
Jej listy - w ramach walki o język - czytałem sobie zawsze po kilka razy
na głos.
"W imię Nocy i Mowy. Taki jest mój rodowód", zaczyna Pan wstęp do
"Matugi". A kończy: "Nam wieczna w polszczyźnie rozróba". Język Pana
utworów jest rzeczywiście imponujący. Jak Pan to osiągnął, żyjąc poza
Polską?
To była walka heroiczna, wzruszająca i arcykomiczna.
Oprócz czytania listów mamy odbywałem oniryczne spacery po Sanoku. Znałem
tam wszystkich Żydów, Ukraińców, Polaków, więc szedłem w wyobraźni od domu
do domu, pukałem do drzwi i rozmawiałem. Żona, lwowianka, też mówiła
piękną polszczyzną.
Kiedy zostałem lektorem, przynosiłem do domu tomy słownika języka
polskiego i czytałem codziennie w nocy na głos. Jako wykładowca literatury
uczyłem nie tylko elementarza, sięgałem po Żeromskiego, Parandowskiego,
Hłaskę, Redlińskiego. Pod wpływem mojego profesora polonisty Claude'a
Backvisa sięgnąłem do literatury barokowej, do Paska. Zakochałem się w
staropolszczyźnie.
A wie pani, że Kochanowski wśród fraszek erotycznych ma jedną
homoseksualną?
Nie czytałam jej na studiach. Jak brzmi?
"Gadka": "Jest zwierzę o jednym oku, / Które zawżdy stoi w kroku; / Ślepym
bełtem w nie strzelają, / A na oko ugadzają. / Głos jego by piorunowy, / A
zalot nie prawie zdrowy".
Krzyżanowski upierał się, że tu chodzi o muszkiet!
Mowa i Noc. Dużo Pan pisze o erotyce, seksie...
Jednym z moich fantazmatów był bezwstyd. Myślę, że represywna strona
katolicyzmu, grzech i wstyd, były pojęciami, właściwie dogmatami, które
mnie - jak wszystkich młodych Polaków i Polki - przyduszały. Napisałem
nawet kiedyś tekst o rozpaczy chłopca, który wie, że Matka Boska zapłacze,
bo on się onanizuje w kościele...
Pochodzi Pan z lewicowego domu. Jest Pan ateistą?
Uważam, że w Europie słowo "ateista" jest zupełnie nonsensowne, bo wszyscy
jesteśmy wychowani w świecie ludzi wierzących. Możemy protestować, mówić,
że się nie godzimy z Panem Bogiem, twierdzić, że go nie ma, ale On jest,
chociaż Go nie ma. Istnieje głęboko w naszych myślach, obawach,
nieszczęściach i szczęściach.
Jeśli myślę o definitywnej utracie wiary w istnienie jakiegoś Boga Ojca
Wszechmogącego - stało się to w Auschwitz.
Szliśmy do pracy w rytm muzyki i widzieliśmy rodziny żydowskie przy
drutach, uśmiechnięte, machające do nas, jeszcze z walizkami. Kiedy
wracaliśmy, to stały już tylko walizki, a komin krematorium trząsł się od
czerwonego płomienia.
Jestem niewierzący, ale sprzeciwiam się głupocie ateistów uważających, że
nauka wszystko wyjaśnia i udowadnia. Guzik. Niczego nie udowadnia.
Napisał Pan sztukę "Biwak pod gołym niebem" relatywizującą religię.
Była grana w Teatrze Polskim w Warszawie w 1990 roku, ale szybko ją zdjęto
z afisza.
Moich trzech króli nazajutrz po wizycie w stajence ogarnia jakaś
wątpliwość. Rozmyślają, co robić, nagle słyszą kroki, zjawiają się trzej
podróżni, dowiadują się, co jest powodem smutku, i mówią: "To nie nad
Betlejem, to w Tybecie się prawdziwy Bóg rodzi, my właśnie tam podążamy".
Baltazar i Melchior pójdą z nimi, a Kacper, czarny król, mówi: "Ja pójdę w
biały dzień spojrzeć w oczy temu bogu, nie tak wieczorem, po ciemku, w
szopie". Idzie o świcie, ale żołdacy, wracając z mordu niewiniątek, myślą,
że to jest szpieg, i mordują go.
Józef ma pięciu braci. Napisałem w didaskaliach, że mają mówić tak jak
Żydzi galicyjscy, których głos pamiętam.
Była konferencja prasowa, jakieś 15 osób, jedna pani pyta: "Panie
profesorze, dlaczego w tej sztuce tylu Żydów". A ja mówię: "Bo oni są u
siebie".
Druga dziennikarka: "Panie profesorze, a dlaczego tyle wątpliwości w tej
sztuce, bo skoro gwiazda się zatrzymała nad Betlejem, to znak, że tam się
prawdziwy Bóg urodził".
No i koniec, bo jak mi powiedział dyrektor: "Są pewne głosy, z którymi
musimy się liczyć, że ta sztuka nie jest polska".
Powieść "Rudolf" opowiada o spotkaniu w Brukseli starego Niemca,
homoseksualisty, byłego oficera Wehrmachtu, oraz Polaka po Auschwitz.
Niemiec opowiada mu o radościach swego życia seksualnego. Takie spotkanie
miało naprawdę miejsce. Czym było dla Pana?
Zawitał do mnie gość z innego świata, o którym wiedziałem, że istnieje,
ale był to świat zakazany, odległy na zawsze. I nagle zjawia się
wysłannik: "Ja jestem z tego świata". Promieniował szczęściem, mogąc
wygadać radości seksualne lat minionych, i to było dla mnie odkryciem.
Jego opowieści były darami stamtąd. Mówił przy tym: "Ja jestem starym
grzybem, po siedemdziesiątce, po dwóch zawałach, trup, zniszczony wojną,
życiem, ale ty jeszcze jesteś młody...". Był starszy ode mnie o
kilkanaście lat.
Spędził u nas trzy dni, znał bardzo dobrze polski, bo
wychował się w Polsce w bogatej rodzinie, czytał i cenił "Matugę". Rodzice
wysłali go na studia za granicę. "Co mi tam studia - mówił - ja sobie
sprowadziłem prostego chłopaka z Polski".
Wyświetlał przede mną bezwstydny film o szczęściu geja - gesty, płyny,
wonie, proste komentarze.
Mówi Pan cały czas jak niespełniony homoseksualista.
Och, to zaklasyfikowanie... Sugestia możliwości.
Zresztą może 15-20 lat temu bym zaprzeczył, ale teraz, znając dobrze życie
i wiedząc, jak my, ludzie, się zwąchujemy, jak się sobie podobamy, jak się
uwodzimy...
Ta kobieca męskość, to wszystko jest bardzo pomieszane.
Uważam, że homoseksualizm jest nie tylko sprawą firmowych gejów czy
lesbijek, ale nas wszystkich.
Jest wiele ścieżek, którymi omija się zagrożenie rezygnacji z
heteroseksualizmu, normy przyjętej, jak dotychczas, przez większość.
Czyli kultura?
Czasem wystarczy zmienić dane sytuacji, np. obóz harcerski, wspólna kąpiel
wieczorem w rzece, żeby były żarty, dotyki. Pamiętam, że jak miałem 12
lat, mój sąsiad, Misiek, który miał chyba pięć lat, mówił: "Bawmy się w
King Konga, ty będziesz King Kongiem, a ja dziewczynką". Chodziło o
porwanie. O dotyk.
Istnieje cała teatralizacja naszych popędów, która ma utrudnić spotkanie
dwóch osób, dwóch ciał jedno- lub różnopłciowych.
Dopiero teraz mam odwagę sobie z tego wszystkiego zdawać sprawę.
To znaczy od kiedy?
Od śmierci żony, kiedy moje życie seksualne przestało być zaprzysiężone
jednej osobie i było do mojej dyspozycji. Wtedy zdałem sobie sprawę, że
jestem zdobywany albo przez pewien typ kobiet, albo jestem otaczany
sympatią, jak gdyby niezasłużoną, przez mężczyzn. Z tym, że ze strony
mężczyzn to nigdy nie było konkretnym krokiem czy nawet aluzją.
Obracam się w świecie uniwersyteckim, gdzie istnieje pewien poziom
wstydliwości, i jeśli są tam zdeklarowani homoseksualiści, jest to ich
sprawa, trzymają się na uboczu. I w żadnym wypadku nie próbują nawiązać
bliższej znajomości z kimś hetero.
Ale jestem świadom tych sympatii.
W "Rudolfie" jest scena pojedynku na tatuaże. Polak pokazuje numer
obozowy na ręce, a Niemiec - "orientalny jakiś wzór (...) ni to meczety,
ni to chuje" na brzuchu. Jest to pamiątka po miłości do 14-letniego
Berbera.
Jest całkowicie wymyślona. Nie widziałem nigdy jego brzucha ani on mojego
numeru.
Ale numer 46333 jest prawdziwy?
To mój prawdziwy obozowy numer, ale nie mam na ręce tatuażu. Nie wiem, jak
to się stało, ale w pośpiechu mnie przeoczono. Tu też jestem marginesowcem.
Dużo było takich osób?
Nie wiem. Niedługo po wyzwoleniu spotkałem młodego Żyda w koszuli z
krótkim rękawem, który na przedramieniu miał ogromny, to znaczy
wytatuowany dużo większymi cyframi, niż to bywało, numer. Okazało się, że
esesman się śpieszył, był zmęczony czy machnął ręką i też nie wytatuował
mu numeru.
Po wyzwoleniu on sam kazał sobie zrobić tatuaż. Był więźniem i chciał go
mieć na znak przynależności do niemalże religijnej sekty tych, którzy
cierpieli.
Rudolf był u Pana, kiedy żona jeszcze żyła. Czy i ona słuchała jego
opowieści?
Żona była niesłychanie otwarta, postępowa, ale nie.
On był taktownym mężczyzną, chwalił wino, kolację, był dżentelmenem.
Zastanawiający jest w Pana twórczości stosunek do kobiet - od
lekceważenia, instrumentalnego traktowania - co widać już w "Matudze" - do
feminizmu.
A wie pani, że moja najnowsza powieść „Bal wdów i wdowców” miała się
początkowo nazywać „Zadośćuczynienie”? Wdowieństwo dla kobiet staje się
życiem na nowo, wolnością. Jedna z pań mówi: „Dopiero teraz nauczyłam się
zaimka »ja «”.
Ta książka to owoc dojrzałości mężczyzny, który przejrzał na oczy i chciał
naprawić swoje panoszenie się przebierającego w kobietach pięknisia,
inteligenta.
Mówi Pan o sobie?
O moim egoistycznym, zadufanym podejściu do kobiet. W czasach sanockich
byłem pod wpływem starszego brata, który miał do kobiet stosunek
bezlitośnie przedmiotowy. W czasach studenckich w Krakowie postępowałem
zgodnie z regułami ugrzecznionego zachowania polskiej kultury
towarzyskiej, traktowałem kobiety jako istoty lubieżne i zwodnicze.
Po wyzwoleniu obozu Bergen-Belsen, kiedy już nas odkarmili i powróciliśmy
do normalnych zmysłów, spotykałem się z dziewczętami, które oczekiwały
czegoś więcej niż moich kolejnych wierszy. One chciały normalnie żyć, ale
ja byłem zaręczony z poezją i nie myślałem jej zdradzić.
Myślę, że "Bal" jest wynikiem żalu, że nie zignorowałem brata, że w ogóle
byłem taki.
Z trudem wydobywałem się z tradycyjnych antykobiecych zabobonów.
Oczywiście pomogła mi Belgia.
A żona?
To dzięki niej przejrzałem. Była pierwszą osobą, która obudziła we mnie
myśl o niemoralnym panowaniu męskim, którego byłem uczestnikiem. Kiedy
pytano, przedstawiała się: "Jestem kobietą, Polką, pochodzenia
żydowskiego, niewierzącą". Rozumowała po partnersku, była inżynierem.
Rozmowy, życie z nią to były moje pierwsze lekcje myślenia i dyskusji we
dwoje.
Stawiał Pan opór?
Walczyłem, strasznie się oburzałem, przez trzy dni potrafiłem unikać
rozmowy. W końcu zdałem sobie sprawę, że to ambicja spycha mnie w stronę
nieuczciwej dialektyki.
Kiedy to zrozumiałem, feministyczne spojrzenie stało się moją obsesją.
Trochę Pan
zadośćuczynił: "Śmierć białej pończochy" - o 12-letniej Jadwidze
zgwałconej przez 38-letniego Jagiełłę, "Ręce na szyję zarzucić" - o
kobietach, którym narzucono rolę czekających na bohaterów, w realiach
oblężonego Leningradu, "Ksiądz Helena" - o kapłaństwie kobiet... Nawet -
wracając do tematyki obozowej - opowiadanie "Moja SS Rotenführer Johanna".
To opowiadanie oparłem na zwierzeniach chwalidupy Polaka, z którym
zaprzyjaźniłem się w Bergen-Belsen. Szczegółowo relacjonował mi swoje
spotkania z esesmanką z komanda kobiet, do którego woził zupę. Dla niej to
była miłość pełna poświęcenia, pojechała nawet do jego matki do Warszawy,
zawożąc jej cukier, kawę, herbatę i pieniądze. Dla niego - tylko seksualny
ubaw i wulgarne przechwałki. W opowiadaniu stanąłem po jej stronie.
Tyle jest niesłychanych opowieści...
Na przykład? O czym Pan myśli?
Na dwa miesiące przed naszym wymarszem z obozu, bo zbliżała się już Armia
Czerwona, idziemy do pracy i w pewnej chwili widzimy po lewej stronie
auto, obok oficer SS, wysoki, ze srebrnymi naramiennikami, i jakaś pani,
która jakby kogoś wyglądała. Nagle chłopak idący z nami mówi: "Moja mama,
to moja mama", i podnosi rękę. Kapo krzyczy, ta kobieta śmieje się, a
oficer udaje, że niczego nie zauważa. On ją przywiózł do obozu
koncentracyjnego, żeby jej udowodnić, że jej syn żyje. Jakie ona musiała
mieć chody!
Myślę, że moralność powinna spóźniać się o dwa, trzy kroki, żebyśmy się
zdziwili, że coś takiego może się zdarzyć. Żeby móc to w ogóle zauważyć.
Przy włączonej ocenie zapamiętuje się tylko część tego, co się widzi.
Moralność i literatura to odwieczny dylemat. Co Pan chciał pokazać w
powieści o pedofilii "Putto"(1994)?
Zainspirowały mnie artykuły w prasie dotyczące pewnego profesora, to było
jeszcze przed aferą belgijskiego pedofila Marca Dutroux.
Była tam mowa o ulicznikach, którzy są zapraszani do bogatego
antykwariusza w Brugii. Jego pomagier doprowadza malców do ukrytego
pokoju, w którym zjawiają się ksiądz, prokurator i inne ważne osobistości,
Dzieci dostają cukierki i pieniądze. Rodzice wiedzą.
Pokazałem pedofilię jak zjawisko, które istniało, istnieje i będzie
istnieć.
Tak po prostu?
Jeśli tata śpi ze swoją córeczką, a mamusia z synkiem, córka siedzi na
kolanach tatusia, są pieszczoty, łatwo przekroczyć granicę. Rodzi się
kazirodztwo.
Takie rzeczy od zawsze się działy. Często jako świadkowie jesteśmy
zażenowani pieszczotami rodziców wobec dzieci. Znałem panią, która po
kąpieli lubiła ugryźć swoich synów w pośladek.
Właściwie to ja oskarżam Pana Boga, że stworzył nas takimi, że możemy
pożądać dzieci, wykorzystywać je, kupować, krzywdzić.
Najgorsze są formy kryminalne pedofilii. Prawodawstwo jest bezsilne.
Książka "Putto", tak jak większość Pańskich książek, mimo że tłumaczono
je i nagradzano, przeszła prawie bez echa. Teraz za to drukuje Pana modna
Korporacja Ha!art. Stał się Pan niemalże pisarzem młodzieżowym. Czuł się
Pan przez te wszystkie lata odepchnięty, niedoceniony?
Oba słowa są odpowiednie. Ala ja to znosiłem, nie dlatego, że czekałem, aż
PRL się skończy, bo nikt nie wiedział, co się stanie. Po prostu zawsze
miałem i mam wielką potrzebę pisania. Pisałem, pisałem i w końcu "Rudolf"
przebił mur obojętności.
Ten Rudolf to chyba musiał się w Pana życiu pojawić.
Tak! Oczywiście! Zjawił się w szczęśliwym momencie, bo nie byłem jeszcze
wtedy gotów mówić dookoła, w taki sposób, o sprawach, które w tej książce
opisuję.
Katarzyna Bielas