Fotografie z piekła
 
Barbara Gruszka-Zych/17.11.2006

Historia Wilhema Brasse

Specjalizował się w portretach, zdjęciach legitymacyjnych, ślubnych. W Auschwitz Wilhem Brasse został obozowym fotografem. Potem już nigdy nie zrobił zdjęcia. Po drugiej stronie obiektywu widział wciąż twarze tamtych ludzi...

Nieraz w nocy budziłem się i zastanawiałem, czy to wszystko naprawdę przeżyłem. Gdyby nie dokumenty, zdjęcia, można by pomyśleć, że nic się nie stało. Nawet sam sobie człowiek nie wierzy – mówi dziś 89-letni Wilhelm Brasse.

 

Wilhelm Brasse i jego słynne zdjęcie wygłodzonych dziewczynek. Wykonał je na zlecenie dr. Mengele. Zachowało się jako jedyne, dokumentujące tamte eksperymenty medyczne, fot. Marek Piekara


Do Auschwitz przyjechał z drugim transportem, 31 sierpnia 1940 r. Dostał numer 3444 – jak mówi – szczęśliwy. Bo przeżył tu 4 lata i 8 miesięcy. Został obozowym fotografem. Autorem tzw. zdjęć policyjnych, na których zachowali się więźniowie Auschwitz-Birkenau. Z przodu, z profilu, z nakryciem głowy. Przetrwało też jedno z serii zdjęć, które wykonał na zlecenie doktora Mengele. Cztery nagie wygłodzone dziewczynki. I portrety oficerów gestapo. Resztę wywieziono w głąb Rzeszy albo zniszczono. Kilka albumów przechowało się… w obozowym piecu. Przed opuszczeniem obozu uratował kilkaset sprażonych negatywów, wyciągając je z ognia. – Zdjęcie uwiecznia, ale takie, które by pokazywało piękno człowieka, a nie było świadectwem tortury i męczeństwa – mówi. Po wyjściu z obozu już nigdy nie fotografował. Po drugiej stronie obiektywu jak zjawy stawali mu tamci ludzie z Oświęcimia. 

Obóz dobrze oświetlony

Dzień przed Wszystkimi Świętymi tego roku razem z nim jedziemy do obozu. – Teraz widzę to innym okiem, nie da się przenieść w tamtą rzeczywistość – patrzy na napis „Arbeit macht Frei” nad bramą wjazdową. – Wykuł go kowal artysta, Polak Liwacz z pierwszego transportu. Robił oficerom lampy ozdobne, dzięki temu przeżył. Tak samo artysta Xawery Dunikowski, z którym mieszkałem w jednej sali. Rzeźbił esesmanom na zamówienie. Tu miał być teatr dla WP, a był skład cyklonu, tu pralnia, tu mój blok 24... Ciała samobójców, którzy rzucali się na druty, i tych, co się wieszali, fotografowaliśmy do 1942 r. Cały czas tu było dużo światła – tłumaczy fotoreporterowi GN, skarżącemu się, że za dużo słońca dla tego potwornego miejsca. O swoim Auschwitz opowiedział w czasie zeznań świadków w 1952 r. Potem milczał. – Do szczegółów nie wracałem, trudno mi to powtarzać – usprawiedliwia się. Ponad 20 lat żona Stanisława nie wiedziała, że mówi po niemiecku. Zdradził się w czasie wycieczki do Krakowa, kiedy pomógł jakiemuś niemieckiemu turyście.

Ważne są oczy

Urodził się 25 km od Oświęcimia, w Żywcu. Mieszka tam do dziś. Francuskie nazwisko odziedziczył po dziadku, Albercie Karolu, pochodzącym z Alzacji, ogrodniku u właścicieli żywieckiego browaru, Habsburgów. Matka Wilhelma była Polką. Ojciec, uczestnik wojny z bolszewikami, stracił pracę. W 1935 r. przyuczony w fotografowaniu Wilhelm pojechał do Katowic. Pracował w zakładzie fotograficznym „Foto-Korekt” przy ul. 3 Maja. Specjalizował się w portretach, zdjęciach legitymacyjnych, ślubnych. – Człowiek ma za każdym razem inną twarz, w zależności od oświetlenia. Jak ktoś ma długi nos – trzeba go ująć lekko z dołu, jak krótkie nogi – tak samo. Dla mnie ładna twarz nie może być nalana, musi mieć regularne rysy. Bardzo ważne są oczy. U kobiety dużo robi ubranie, ale jest powiedzenie, że Pan Bóg i fotograf jeszcze kobiecie nie dogodzili – śmieje się. Miał 22 lata, gdy wezwano go do wojska niemieckiego. Odmówił. Nie podpisał też volkslisty. W 1939 r. trafił do fotolaboratorium w Krynicy. Potem na własną rękę chciał dostać się do Lwowa i zaciągnąć do lotnictwa. Złapali go Niemcy, ale uciekł. Drugi raz się nie udało. Zamknęli go, kiedy przedzierał się w stronę węgierskiej granicy.
W drugim transporcie

Było ich 460 więźniów z Tarnowa i 20 księży z więzienia przy ul. Montelupich w Krakowie. –  Dwaj staruszkowie w sutannach od razu dostali pałką, pozostałych pomordowali w ciągu miesiąca przy walcu drogowym. Zaprzężono do niego Żydów i księży, kiedy słabli, wciągał ich pod siebie... Pasiakami się wymieniali. Bo jedni dostali spodnie po szyję, inni czapkę tylko na czubek głowy. Lagerführer Fritsch oświadczył: „Obóz koncentracyjny to nie sanatorium. Tu Żyd może żyć 2 tygodnie, klecha miesiąc, normalny więzień trzy miesiące”. I to się sprawdzało.

Trafił do komanda pracującego przy kopaniu fundamentów pod szopy, budowaniu drogi od krematorium do dworca. „Ludzki” kapo – Niemiec z Hanoweru (był w Legii Cudzoziemskiej) tylko na nich krzyczał. Brasse zaczął pomagać mu jako tłumacz. Za półtora miesiąca przyszedł nowy kapo – bestia. Bił bez przyczyny. Wilhelmowi udało się uciec do komanda przeładowującego węgiel i koks. A potem „ludzki” kapo załatwił mu pracę w kartoflarni – złotym komandzie, gdzie miał dach nad głową, wyżywienie. – 5 lutego 1941 r. wezwano mnie do kancelarii wydziału politycznego. Jako jednego z pięciu wybrano na fotografa obozowego. Tam były lepsze warunki: kąpiel dwa razy w tygodniu, nie raz na miesiąc, bielizna, ubranie, buty, płaszcz. Przedtem chodził w samym pasiaku. – Ale dlaczego kazali robić nam te zdjęcia? – szuka w albumie oświęcimskiego archiwum fotki kolegi, Romana Karwata. – Tylko z niemieckiej potrzeby dokładności i biurokracji?

Ogoleni i bez obrażeń

Ma dobrą pamięć do twarzy i cyfr. – Który masz numer,  powiem ci, kiedy tu przyjechałeś – pyta spotkanego między blokami Ariela, przed wojną Leona Czułkowskiego,  z Izraela. – 89397, to będzie 1943 rok. Kolega potwierdza. Długo się ściskają, jakby byli rodziną. Twarze fotografowanych zaraz po przyjściu wryły mu się w pamięć. A potem kurczyły jak oni. Dwa razy w nocy przyszło mu fotografować transporty liczące 1100 osób. Ustawiał ich do zdjęć. – Jak ktoś był w dobrym komando, to twarz miał możliwą, jak w złym – wychudzoną. Do zdjęcia każdy musiał być ogolony, nie śmiał mieć żadnych obrażeń na twarzy. Często więźniowie nie rozumieli, że mają zdjąć z głowy chustkę, czy czapkę, i esesmani bili ich po twarzy. (Żeby tego uniknąć, uczył się nawet czeskiego i serbskiego). Tych pobitych odsyłało się do następnego razu. Czasem go nie doczekiwali. Z tyłu, do podparcia głowy, umieszczano ruchomą metalową podpórkę na śrubie. Zawsze to samo ostre oświetlenie. Stała odległość od obiektywu zaznaczona podwyższeniem. – Przydało się, kiedy fotografowałem samą głowę uciekiniera – topielca.

Śmierć i zdychanie

Zapamiętał, jak strasznie wyglądają wynędzniałe kobiety, zostaje im tylko skóra po piersiach. Do dziś widzi Żydówki, ofiary eksperymentów doktora Wietza. Wchodziły na fotele ginekologiczne. Dr Salomon, więzień, usypiał je w ciągu kilkudziesięciu sekund, a potem wyciągał ich chore macice wielkości niedużej gruszki, które Brasse miał fotografować. – Normalnie mężczyzna inaczej patrzy na kobietę, a tu zdjęcia ginekologiczne. Doktor pokazywał białe i krwiste nacieki. To był rak. Kilka razy robił też zdjęcia kolorowe kobietom w Brzezince. Dr Wietz znalazł osiem, które miały różne kolory tęczówek. Te, ważne na zdjęciach oczy, u więźniów rozsadzane przerażeniem, z czasem obojętniały. – Wzrok wygłodzonego człowieka, w języku obozowym „muzułmanina”, jest beznadziejny, patrzący w nieskończoność. Nic go nie interesuje, cała myśl skupiona jest na jedzeniu. To jedyne marzenie, cel, sen. Klękamy pod Ścianą Śmierci. Z jednej strony bunkry głodowe. Z drugiej blok kobiecy eksperymentalny. Dziesiątki zniczy. Wilhelm Brasse zapala kolejny, jakby przywoływał kogoś z zamordowanych. – Tu zginęli moi koledzy. Ci, pod tą ścianą, umierali honorowo. My żeśmy nie ginęli, ale zdychali. Ktoś w kącie się osunął, upadł na drodze.

Zupa ze stojącą łyżką

Do dziś nosi w kieszeni kawałek suchego chleba. W obozie miał taki węch, że czuł, kiedy mijający go miał gdzieś schowaną kromkę. – Ten, kto miał chleb, był bogaczem, to znaczyło, że nie musiał go do końca zjeść. Na śniadanie kawa albo herbata ziołowa. A potem obiad o 12, albo razem z kolacją po apelu. Na kolację – jedna trzecia bochenka i 2 dag margaryny. Dwa razy w tygodniu marmolada albo plaster końskiej kiełbasy. – Trzeba było jeść od razu, nawet spod głowy potrafili ukraść. Jak pracował w kartoflarni, dostał pełniejszej twarzy, bo coś tam podjadał. To menu zapamięta do końca życia. W poniedziałek i czwartek na obiad zupa „awo”. Rzadka papka z mielonych kości. We wtorek woda z plastrami kalarepy z beczek. W środę i sobotę – jarzynowa, a właściwie woda z kapustą. W piątek wodzionka na wołowym ogonie. W niedzielę do miski wpadł czasem makaron czy kartofel, zależy jak wydający pomieszał. Wszyscy powtarzali: „Jak wrócę do domu, to mi mama ugotuje zupę, że łyżka będzie stać”. – Jedzenie to był bóg, chociaż to bluźnierstwo – tłumaczy się. – Czułem, że znikąd ratunku nie ma. I wtedy przekląłem Boga i matkę za to, że mnie urodziła. Całe życie tego żałuję – nie umie powstrzymać płaczu.
Pogaduszki między śmierciami

Na początku dużo się modlił. Pacierz – rano, wieczór, patrząc na brzozy. Po apelu „Wszystkie nasze dzienne sprawy”. Potem coś się w nim zacięło. Przez okno zakładu fotograficznego widział blok XX – tyfusowy. Między 1942 a 1944 rokiem uśmiercano tu więźniów zastrzykami fenolu. Widział, jak codziennie, ciągnąc za nogi, wywlekano po schodach ciała zabitych. – A potem na wózek i wio – do krematorium. Na oko 35-letni sanitariusz, plutonowy Kler, wstrzykiwał fenol codziennie nawet 50 ludziom. On też dowoził puszki cyklonu B. A potem, jak gdyby nigdy nic, przychodził do mojego szefa Bernharda Waltera i rozmawiali. Dla niego to była najnormalniejsza praca pod słońcem. Patrzyłem na to dzień w dzień, jakby to było normą. Kiedy sam przez tydzień musiałem nosić trupy do składu w piwnicy, zobojętniałem. Smażyliśmy na piecyku plastry ziemniaków, jakby obok nie leżeli zmarli.

Pytania bez odpowiedzi

– Na moich oczach esesmani chwycili łańcuszek z krzyżykiem kolegi więźnia i dusili go nim, krzycząc: „Gdzie jest twój Jezus?”. Ksiądz na religii mnie uczył, że Bóg jest wszechmogący. Gdzie On teraz jest? – pytałem. Ani ksiądz katolicki, zwany „Wujkiem”, ani pastor protestancki z Niemiec – towarzysze niedoli – nie udzielili mu odpowiedzi. Stracił wiarę. Robił zdjęcie o. Kolbego i spisywał jego dane do kartoteki. Potem dowiedział się o jego męczeńskiej śmierci. Coś w nim puściło dopiero po wojnie, podczas spowiedzi na Jasnej Górze. Zakonnik powiedział mu, że każdy ma wolną wolę: „Rób, jak ci sumienie podpowiada”. – Całe późniejsze życie postępowałem zgodnie z Dekalogiem. Gdyby się do niego stosować, nie potrzeba by było wojska, policji, więzienia... Czasem myślę, że żyję tak długo, bo Pan Bóg dał mi czas na poprawę. Stoimy przed stertami butów pozostałych po więźniach. – Te hałdy to tylko ułamek procenta rzeczy po tych, co poszli z dymem – Wilhelm Brasse patrzy na nie jak na relikwie. Wszedł tu z trudem, do dziś pochylony po przetrąceniu kręgosłupa łopatą przez komandoführera Plage. Przerywa nam zwiedzająca muzeum, czterdziestokilkuletnia Jacqueline Fletcher. Przyjechała z rodziną z Anglii. Kiedy słyszy, że Wilhelm Brasse był więźniem obozu, całuje go w rękę i policzki. Jakby dziękując, że z nami jest.